Grecja 2018 – cz.II

29.04 niedziela – Kalabaka

Rano wczesna pobudka i wyjazd na najwyżej położony monastyr. Dystans ok. 4 km ciagle pod górę. Parkujemy na sporym parkingu z kilkoma innymi kamperami prawdopodobnie tu nocującymi. Zbieramy się na zdobycie pierwszego meteoru. Wejście nie jest męczące. Widoki przepiękne. Nic dziwnego, że miejsce to nazywane jest jednym z 7 cudów świata. Schodzimy do kampera i przygotowujemy kawę. Autobusów i samochodów przybywa w zastraszajacym tempie. Tworzą się korki i problemy z przejazdem. Ruszamy na podbój drugiego Monastyru. Tu już, tak łatwo nie jest. Konieczna jest wspinaczka najpierw drogą, a później schodami. Także tu, widoki niezapomniane. Po południu zjeżdżamy w dół przez Kastraki do Kalambaki, by odpocząć, a po południu skosztować specjałów greckiej kuchni. W międzyczasie przechadzamy się po lokalnym cmentarzu. Mogiły są bardzo bogate i okazałe, wykonane z białego marmuru. Wracamy na miejsce naszego wcześniejszego noclegu. Jutro dalej w kierunku Koryntu i Peloponezu.

30.04 poniedziałek – Kalabaka – Aliartos

Wyruszamy po śniadaniu w kierunku Trikali. Po niespełna 15 km w samochodzie czuć swąd spalenizny. Dym wylatuje spod fotela pasażera. Okazuje się, że wypaliło się gniazdo i wtyczka jednego z połączeń elektrobloku. W całym kamperze siadło zasilanie. Działa tylko zasilanie w aucie. Szukamy fachowca. Objeżdżamy dwóch i niestety, cofamy sie do Kalambaki. Tutaj zakład elektrotechniki samochodowej odmawia wykonania naprawy. Podjeżdżamy do serwisu forda i volkswagena. Tutaj pan nie ma za bardzo ochoty na wykonani usługi, próbując odesłać nas gdzie indziej. W końcu mięknie mu serce i każe poczekać godzinę. Ja w tym czasie demontuję urządzenie i zanoszę je do majstra. Kable połączeniowe zostają wlutowane bezpośrednio na płytce i po zmontowaniu wszystko wraca do normy. Jedziemy bezproblemowo. Dojeżdżamy późnym wieczorem do Aliartos i parkujemy na placu przy stacji benzynowej. Jest cicho i spokojnie. Zmęczeni problemem dnia zasypiamy. Najważniejsze, że wszystko jest ok.

Tu udało nam się dokonać naprawy

1.05 wtorek – Napflio

Rano późniejsza pobudka i sprawdzenie auta. Jemy śniadanie i w drogę. Około południa dojeżdżamy do Koryntu i parkujemy przy dużym moście w pobliżu kanału. Obchodzimy most nad kanałem. Sam Kanał Koryncki robi wrażenie wąskiego i aż dziw, że tam przepływają statki. W przewodniku doczytujemy , że przepływający akurat statek przez kanał przynosi szczęście turystom na cały pobyt w Grecji. Długo wyczekujemy i niestety nic nie wpływa. (więcej zdjęć).  

Szerokość kanału niezbyt imponująca

Jest naprawdę gorąco. Ochładzamy się lodami i ruszamy w dalszą drogę, kierując się na Nafpilon nad Zatoką Argolidzką. Stawiamy auto na obszernym parkingu, szalenie zatłoczonym,  bo na nabrzeżu odbywają sie targi marynistyczne. Przycumowane jednostki są super komfortowe, małe i duże. Wokoło mnóstwo spacerujących i podziwiających.

Pamiątkowe zdjęcie na moście przez kanał

Kierujemy sie do miasteczka. Jest urocze z bogatą historią. Starówka przepiękna. Wracamy do kampera i sadowimy się na nocleg, w nadziei że będzie spokojnie.

Parking – tu spędzamy noc

2.05 środa – Nafplio

Przepiękne widoki i kryształowa woda

Przepiękny dzień. Cały czas słońce i tylko pod wieczór lekkie zachmurzenie. Noc mija spokojnie na olbrzymim parkingu tuż nad zatoką. Wybieramy się na spacer do portu, wokół zatoki. Nabrzeże otacza miasto, tak że wychodzimy praktycznie w miejscu skąd startowaliśmy. Odwiedzamy lokalne targowisko. Najwiecej straganów z warzywami i owocami. Kupujemy dorodne i pachnące pomidory, które okażą sie nie lada delikatesem. Do tego świeże ogórki. Z owoców, pomarańcze ze słodkim  miąższem i sokiem. Po drodze zaglądamy jeszcze do Lidla po pieczywo.  Popołudnie spędzamy w marinie, wpatrując się w odległe wody zatoki. Późnym popołudniem spacer do miasteczka i ponowne delektowanie sie architekturą i klimatem. Siadamy w nabrzeżnej knajpce i sączymy białe wino. I tak do późnego wieczora.

Sączymy białe winko spoglądając na morski zachód słońca

3.05 czwartek – Napflio – Kiveri

Rano spacer na targowisko, ale okazuje się, że targu nie ma. Pewnie jest tylko raz w tygodniu. Szkoda, bo chciałoby sie kupić tych pysznych owoców i warzyw „wykąpanych” w słońcu.

Startujemy dalej, ale po drodze zatrzymujemy się w Lidlu po zakupy. Prawdopodobnie, następny sklep tej sieci będzie dopiero  na południu półwyspu. Wybieramy trasę dookoła Peloponezu i jako pierwsze wybieramy Kiveri.

Tu spędzamy kilka dni

Mała wioska rybacka z plażą i niezłą infrastrukturą. Jest nawet kran z wodą. Stajemy przy samej zatoce. Oprócz nas jeszcze trzy Campery. Po południu maszerujemy po wiosce. Jest śliczna z ładnymi domami i pensjonatami. Gros pensjonatów jeszcze zamknięta, dopiero szykują się do sezonu. Jest tu piekarnia z niezłym asortymentem pieczywa, niestety wyłącznie pszennego, a także kilka kafejek w których przesiadują wyłącznie mężczyźni, praktycznie o każdej porze dnia. 

Rybackie łodzie przygotowane do wyjścia na połów

4.05 piątek – Kiveri 

Dzień na odpoczynek. Pierwsza kąpiel – woda naprawdę ciepła. Pózniej spacer do portu. Niestety nie trafiliśmy na rybaków ze świeżą rybą. Na obiad jednak rybka , ale przywieziona jeszcze z domu. Po południu obchodzimy linię brzegową miejscowości podziwiając kolejne budynki i zagrody.

5.05 sobota –  Kiveri

Dalej parkujemy nad brzegiem morza. Miejsce urocze i bardzo przyjazne. Cały dzień gorąco, a wiec opalanie i obowiązkowe kąpiele. Po południu spacer po osadzie i podziwianie domostw, oczywiście nie wszystkich.

6.05 niedziela – Kiveri

Od trzech dni w prognozach deszcze i burze. Czekamy na deszcz,  jak na zmiłowanie, bo powietrze ciężkie i duszne. Po południu wreszcie się rozpadało na kilka ładnych godzin.

Jutro w planie Argos i zakupy w Lidlu. Pózniej dalej wschodnim wybrzeżem na południe.