Grecja 2018 – cz. III

7.05 poniedziałek

 Argos – Paralio Astros

Rano jedziemy do Argos na zakupy do Lidla. Jedyny sklep gdzie można zrobić kompleksowe zakupy, ze świeżymi warzywami włącznie. Najlepiej jednak zakupy robić na lokalnych targowiskach, tyle że najczęściej odbywają się tylko raz w tygodniu. Wracamy spowrotem przez Kiveri, brzegiem zatoki szukając dobrej miejscówki. Niestety nic po drodze nas nie zadawala. Szykujemy coś do zjedzenia, podziwiając bulwar nadmorski i otaczające domki w uliczce. 

Dojeżdżamy do Paralio Astros, uroczego miasteczka w Arkadii  i wybieramy postój na końcu deptaka. Z nami ustawia sie samochód Holendrów, jadących w przeciwnym kierunku półwyspu. Spacerujemy po miasteczku. Co ciekawe, starówka z plażami i mariną, oddzielona jest od dróg dojazdowych uniemożliwiając wjechanie tam pojazdami. Oczywiście rozwiązanie dobre, ale my chcielibyśmy wjechać nad brzeg i tam przenocować. Miejscowość jest cudowna i pusta, a przez to cicha. Po południu gawędzimy z naszymi kompanami, którzy mocno komplementują Polaków, określając nas, jako pracowitych. To miłe. My odwdzięczamy się wyrazami zachwytu ich krajem, a zwłaszcza wrażeniami ze zwiedzania Amsterdamu.

Tutaj spędzamy noc w towarzystwie załogi z Holandii

8.05 wtorek

Paralio Astros – Plaka

Ruszamy w kierunku Monemwasi. Po drodze znajdujemy skręt do małej osady rybackiej Plaka. To naprawdę mikro osada z kilkoma tawernami i portem rybackim. Jest plaża i natryski, a także wc.

Parking wszechstronnie zabezpieczony przed kamperami. Wjeżdżamy na pusty plac „parking free” i spędzamy noc. Tutaj znajdujemy, skryty między budynkami bus z polską rejestracją z Bydgoszczy. Okazuje się, że podróżuje nim para Polaków – „skałkowiczów”, którzy wykorzystują tutejsze warunki do treningów. Teren musi być idealny, bo podczas jazdy kilkakrotnie udało nam sie napotkać grupy wspinaczy. Przy okazji możemy porozmawiać w naszym ojczystym języku.   

Na nocleg wjeżdżamy za bramę parkingu

9 maja środa

Plaka – Monemwasia

Od rana plaża i kąpiel w ciepłym morzu. Koło południa podjeżdża po raz kolejny właściciel kempingu położonego nieopodal. Tym razem nie oferuje miejsca u siebie za 14 euro, a podniesionym głosem wskazuje że na parkingu urządzamy camping. Pewnie ma rację, ale nie ma jeszcze sezonu, a olbrzymi parking jest pusty. Nie dziwimy się, wszak Grecy cały czas odrabiają lata beztroskiej gospodarki. Gwoli ścisłości, parking nie był oznaczony znakiem przekreślonego kampera, co oznacza że można tutaj się zatrzymywać.  Postanawiamy się zebrać i pojechać dalej.

Z dali wyłania się skała – Monemvassia

Jedziemy przez malownicze góry naprawdę wysoko. Mijamy opuszczone miejscowości prawie na końcu świata. Z ulgą dojeżdżamy do drogi prowadzącej do Monewasji. Parkujemy tuż pod skalą, na ogólnym parkingu. Widok przepiękny. Spotykamy tu polską załogę z Jarosławia. Wieczorem idziemy na spacer przez groblę i dalej drogą w kierunku dolnego miasta. Jest przyjemnie ciepło.

Jutro zwiedzanie tego miejsca.

Zajmujemy miejsce na dużym parkingu z widokiem na „skałę”.

10.05 – czwartek

Monemwasia – Gytheio

Po śniadaniu z odpowiednim ekwipunkiem rozpoczynamy spacer przez groble w kierunku skały. Wchodzimy bramą główną do dolnego miasta. Uliczki są bardzo wąskie, ale mieszczą się tu rządki stołów i krzeseł przed knajpkami i pensjonatami. Jest tego mnóstwo. Przechodząc czuje się klimat tego miejsca, a widoki zapierają dech.  Dochodzimy do końca ścieżki wijącej się między zabudowaniami i chcemy wejść na wyższy poziom. Niestety droga nie ma przejścia. Znajdujemy strome podejście na początku miasta i mozolnie się wspinamy. Dobrze, że niebo jest zachmurzone i nie pali słońce. Dostajemy sie na wierzchołek do odrestaurowanej katedry i zawracamy nie idąc do ruin warowni.

Po powrocie, kawa i odpoczynek i dalej w drogę.

Jedziemy w kierunku półwyspu Manii. Jest pusto, ale pięknie. Przejeżdżamy przez Gythio. Miasteczko z wyspą Marathonissi, słynne z konsumpcji znanego związku Parysa i Heleny, który dał początek  wojnie trojańskiej.

Szukamy miejsca na noc najchętniej przy plaży. Zjeżdżamy na kilka z nich, po drodze we wsi kupując doskonały miód i oliwę.

Z jednej z plaż wypatrujemy mały port Skoutraki z zacumowanym kutrem i stojące tam kampery. Zajeżdżamy tam. Jest tu nawet internet i prąd. Obok malutka urocza plaża. Pobędziemy tu kilka dni.

Skoutraki – Plaża do naszej wyłącznej dyspozycji.
Skoutraki – Niestety w dalszym ciagu widoczne są skutki potężnego pożaru, jaki miał tu miejsce.

11.05 – piątek – Skoutraki (okolice Gytheio)

Miejsce wspaniałe położone nad zatoką. Cisza. Cumuje tylko jeden kuter. Kampery odjeżdżają, ale przyjeżdża jeden.

Towarzyszący kamper załogi z Niemiec.

Czas spędzamy na lenistwie. Czujemy się jak na campingu.

Wieczorem przechodzimy sie po miejscowości. Jest kilka pensjonatów ale nieczynnych i jedna tawerna.

12.05 sobota – okolice Gythheio

W dalszym ciągu na tym samym miejscu. Próbuję kupić od rybaka ryby, ale żądą on zbyt wiele. Na szczęście w zamrażalniku jest jeszcze rybka przywieziona z kraju. Pewnie będzie jeszcze niejedna okazja. Cały czas towarzyszy nam tylko jeden kamper z Niemiec. Jest to swego rodzaju wóz bojowy. Często zażywamy kapieli i plażujemy, korzystając z przepięknej pogody. Postanawiamy, że jutro po śniadaniu  podążymy dalej, kierując się na południe środkowego przylądka Peloponezu.

Podczas spaceru spotykamy sympatycznego osobnika.