Półwysep Iberyjski 2017 – cz. 1

Płw. Iberyjski 2017 cz.1

16.03.2017 Czwartek – Dzień 1

Trasa: Wrocław – Zgorzelec- Ober Lausitz (NIEMCY)

Przebieg od początku – 361 km; Przebieg dzienny – 361 km;

Nadszedł dzień wyjazdu. Termin niczym nie związany. Robi się coraz cieplej, a u celu (w zamierzeniu) nie ma być upałów. Wybieram drogę przez Wrocław, by w serwisie przejrzeć jeszcze instalacje gazową i lodówkę. Raczej nie chciałbym doświadczyć sytuacji podobnej do Szkocji, gdzie lodówka pracowała jak chciała. W drodze do Wrocławia dochodzą jakieś dźwięki przypominające klepanie. Chwilowy postój i okazuje się, że jeden z pasków klinowych się strzępi i musi być koniecznie wymieniony. Kontaktuje się telefonicznie z serwisem Forda we Wrocławiu. Podają mi adres drugiego serwisu, gdzie mogę kupić. Za założenie winszują sobie ok. 300 zł. Biorę same paski i dziękuję. Po drodze w okolicach Bolesławca zakładam paski za …30 zł, w profesjonalnym serwisie TIR-ów. Usługa wykonana na poczekaniu i fachowo. Mam dużo szczęścia. Właściwie to mógłbym skorzystać z assistance, ale jak znam życie wiązało by się to z dużą strata czasu.

Tak ruszam w dalszą drogę, spokojniejszy, że wszystko jest ok. W Zgorzelcu -tuż przed przekroczeniem granicy – paliwo i ostatnie zakupy, zwłaszcza pieczywo, by jak najdłużej wystarczyło polskiego chleba. Wybieram drogę A4 w kierunku Drezna. Zmęczony, zatrzymuję się późnym wieczorem na nocleg na parkingu autostradowym w Niemczech. Miejsca parkingowe dla TIR-ów pełne, dla pozostałych kategorii pusto i w dalszej odległości od autostrady, a więc przyjemniej, bo ciszej. Koło mnie parkuje dostawczak z Rumunii.

Noc na parkingu autostradowym.

17.03.2017 Piątek – Dzień 2

Niemcy
Trasa: OBER LAUSITZ – Bayreuth (Niemcy)
Przebieg od wyjazdu – 639 km; Przebieg dzienny – 278 km;

Noc spokojna. Wyspany i w miarę wypoczęty ruszam w drogę. Do przejechania nie za dużo – tylko około 220 km. Przed południem jestem na miejscu w Bayreuth. Szukam miejsca na parking, jak się później okaże sporo oddalony od centrum. Biorąc jednak pod uwagę spędzanie większej części dnia w aucie – ruch niezwykle wskazany.

Pobyt w tym mieście trochę rozczarował. Może ze względu na pogodę – było zimno i siąpiła drobna mżawka. Samo miejsce jak przystało na Niemców, a szczególnie Bawarczyków jest ładne pod względem architektonicznym i organizacyjnym. Jest sporo zabytków z terenami spacerowymi i rekreacyjnymi. W lecie odbywają się tu słynne festiwale wagnerowskie. Zdobycie miejsca w hotelu lub biletu na któryś z koncertów graniczy z cudem. Bayreuth cieszy się zasłużoną sławą, zyskując sobie miano jednego z najważniejszych ośrodków kulturalnych Europy. Stan ten zawdzięcza Ryszardowi Wagnerowi, który osiedlił się tu w XIX wieku, w zamian za zbudowanie sceny odpowiedniej dla jego dzieł operowych.

W tym dniu przejeżdżam jeszcze trochę kilometrów, po czym zatrzymuję się na parkingu przy autostradzie, z myślą o noclegu. Niestety parking jest szalenie zatłoczony (weekend). Udaje mi się jednak znaleźć miejsce – nie za bardzo mam ochotę jechać jeszcze dalej.


18.03.2017 Sobota – Dzień 3 

Luksemburg (Luksemburg);

Przebieg od wyjazdu – 1161 km; Przebieg dzienny – 522 km;

Po zimnym poranku ruszam w drogę. Autostrada jest zatłoczona, przez podróżujących weekendowo turystów. Kilometrów ubywa szybko, jazda nie jest męcząca. Jadę „na tempomacie”, ale coraz bardziej dają o sobie znać imponujące wzniesienia. Około południa docieram w pobliże granicy niemieckiej i miasta Trewir, położonego nad rzeką Mozelą. Miasto z okien samochodu robi wrażenie. Jest pełne zabytkowych uliczek, z dużą ilością zieleni i czyste. Chciałoby się tu pobyć, ale nie ma, jak się zatrzymać. Przejazd przez miasto w kierunku granicy jest mocno utrudniony przez mnóstwo aut z podróżującymi kibicami na mecz piłkarski. Dodatkowo droga prowadząca do granicy przebiega przez most i tworzą się korki. Udaje się mi w końcu przedostać na drugi brzeg Mozeli, a tu zaskoczenie serpentyny wijące się stromo pod górę. Wjeżdżam do Luksemburga od strony lotniska, a dalej znajduje się potężna stacja benzynowa, z parkingiem, dużym centrum handlowym, barem i toaletami. Z myślą o kierowcach TIR-ów, zabezpieczono bazę obsługową. Kierowcy zatrzymują się tu obowiązkowo, tankując przede wszystkim paliwo po niezłej cenie jak dla nas (0,986 Euro/l) i dokonując innych zakupów po równie atrakcyjnych cenach. Są tu i auta osobowe na numerach niemieckich, z właścicielami przyjeżdżającymi na zakupy. To w części także tłumaczy potężny ruch w Trewirze. W całym Luksemburgu ceny są podobnie niskie. To efekt niskich podatków. Oznaki bogatego życia mieszkańców widać na każdym kroku. Robię malutkie zakupy mojej ulubionej kawy, mając nadzieję, że aromat będzie jeszcze bardziej intensywny. Zwłaszcza po ostatnich wiadomościach o niższej jakości żywności przeznaczonej na rynek Europy wschodniej, można będzie to sprawdzić. Ruszam do miasta – stolicy. Wybieram na nocleg nowoczesną dzielnicę Kirchberg – Centre Europe’en, położoną na wzgórzu. Główna arteria Kirchberg-u to siedziba światowych banków – gmachy są imponujące. Udaje mi się przypadkiem trafić na osiedle mieszkaniowe ze ślepą uliczką, ale z parkometrem. Miejsce jest puste i spokojne, a w niedzielę nie ma opłat parkingowych. Wieczór spędzam na odpoczynku i nabraniu sił na jutrzejsze zwiedzanie i udaję się na spoczynek, mając nadzieję, że odpowiednie służby nie będą mnie niepokoić.


19.03.2017  Niedziela – Dzień 4 

Luksemburg
LUKSEMBURG – Verdun (Alzacja i Lotaryngia – Francja)

Przebieg od wyjazdu – 1252 km; Przebieg dzienny – 91 km;

Noc mija spokojnie. Od rana szykowanie roweru i innych potrzebnych sprzętów. Z zasady nie ruszam się nigdzie bez dokumentów i pieniędzy, ale ważne by nie zapomnieć wszystkiego, co podczas zwiedzania może się przydać. Tak więc kamera, telefon, tablet, selfie stick i co najważniejsze wszystko naładowane (z prądem), w przeciwnym razie niepotrzebne dźwiganie. Pakuje plecak i w drogę. Docieram poprzez imponujący most Pont-Duchesse Charlotte (zwany też Czerwonym Mostem) do starego miasta.

Luksemburg – panorama z górnego miasta.

Całe miasto położone jest nad zielonymi dolinami rzek Alzette i P’etrusse i dzieli się cztery części – quartiers. Stare miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego.

Luksemburg – Plac Konstytucji.

Plac Konstytucji znajduje się na miejscu zburzonego bastionu naprzeciwko głównego wejścia do katedry. Tu niedaleko znajduje się wejście do ekscytujących kazamatów artyleryjskich. Docieram do Katedry Notre Dame. Kościół robi wrażenie, zwłaszcza wielkością i wnętrzem. Tu widać, że zasobni parafianie dają dowód swojej hojności utrzymując świątynie. W okratowanej kaplicy w krypcie znajduje się grobowiec Jana Luksemburskiego koronowanego króla Polski, nieuznawanego ani przez Władysława Łokietka, ani Kazimierza III Wielkiego. Kiedy Jan stracił Kraków, sprzymierzył się z zakonem krzyżackim, nadając mu w 1330 roku ziemię kujawską. W jednej z bocznych naw, znajduję ołtarz z wizerunkiem „naszego” papieża. To miłe, że się pamięta.

Rower pozostawiam w okolicach katedry i wałęsam się po mieście, podziwiając ukształtowanie terenu i budowle. Dochodzę do obiektów administracji państwowej – budynki robią wrażenie.

W głębi niski budyneczek, w którym znajduje się winda zwożąca w dół, czynna do 4,30 nad ranem. Zjeżdżam windą (wykutą w litej skale) na ulicę pod wzgórzem, by podziwiać tym razem starówkę, z dołu. Jest niedziela wielu luksemburczyków jogginguje, spaceruje i jeździ rowerami. Mimo chłodnego dnia wiele wycieczek i zwiedzających. Na każdym kroku czuje się tu zasobność portfeli mieszkańców. Widać to po zabudowaniach, sklepach i samochodach.Nic dziwnego – przecież to światowa stolica finansów. W dali ważne instytucje Unii Europejskiej, m.in. Trybunał Sprawiedliwości i Europejski Bank Inwestycyjny.

Instytucje europejskie

Zamek Zygfryda z Lotaryngii, pod którym Hiszpanie wykopali podziemne labirynty składające się z ok. 20 km tuneli i galerii, w których urządzono garnizonowe pomieszczenia gospodarcze (piekarnie, kuchnie, stajnie i zbrojownie). Luksemburg był twierdzą obronną, najlepiej strzeżonym miastem Europy nazywanym „Gibraltarem Północy”. W drodze powrotnej maszerując z rowerem przez starówkę, dochodzę do Pałacu Książęcego i Izby Deputowanych (Luksemburski Parlament), przed którym wartę pełni żołnierz.

Place d’Armes z Pałacem Municipal, otaczają kawiarniane ogródki z letnimi koncertami. W sobotnie ranki jest tu bardzo drogi pchli targ, oferujący szeroką gamę produktów.

Późnym popołudniem zbieram się w dalszą drogę. Tankuję jeszcze pod korek auto po dobrej cenie. Na stacji paliw udaje mi się dogadać z panią, która wskazuje mi kran do którego podłączam wąż i nalewam wodę do zbiornika, w końcu nie wiem kiedy trafi się następna taka okazja. Niestety nie ma możliwości spuszczenia wody szarej, ale na szczęście mam jeszcze pół zbiornika wolnego. Podążam dalej.

Dojeżdżam do granicy francuskiej.

Mam niedaleko do Granicy francuskiej, a do samego Verdun tylko ok. 100 km. Niestety nie znajduję w okolicy parkingu dedykowanego kamperom, a więc decyduje się przenocować na parkingu przy centrum handlowym Leclerc.

Planuje trasę podczas przerwy kawowej.

Późnym wieczorem ustawiam się przy stacji benzynowej, która jest czynna tylko do 22-ej. Jest cicho i spokojnie.


20.03.2017 Poniedziałek – dzień 5


VERDUN (Alzacja i Lotaryngia – Francja) – Bourges (Region Centralny – Francja)

Przebieg od wyjazdu – 1646 km; Przebieg dzienny – 394 km;

Nad ranem, bardzo wcześnie budzi mnie odgłos pociągów i autobusów. Okazuje się, że tuż obok znajduje się stacja kolejowa i dworzec autobusowy, a dalej jedno z głównych skrzyżowań miasta. Noc nie należy do udanych, ale nie jest źle. Robię wczesne śniadanie i czytam w przewodniku o miejscu, w którym jestem. W końcu to tu, na okolicznych polach zginęło niepotrzebnie 800 tys. ludzi – Francuzów, Niemców, a także Amerykanów. Miasto jest nieduże, liczy ok. 21 tysięcy mieszkańców i umiejscowione jest w mało atrakcyjnym ekonomicznie rejonie z dość dużym bezrobociem. Próbuje ono oczywiście wykorzystać atuty historyczne i rozwija turystykę. Można zatem poprzez jedno z biur turystycznych objechać okoliczne pola bitew, forty, muzea i cmentarze. Ze względu na deszcz i ziąb nie decyduję się na wycieczkę i ruszam w dalszą drogę przejeżdżając, obok pól bitewnych z pozostałościami wojennych fortyfikacji. Na jednym z pól dostrzegam sprzęt wojskowy i ćwiczących żołnierzy. W tym dniu robię około 400 km, co jest męczące ze względu na drogi Francji, które prowadzą przez centra miejscowości z niezliczoną ilością skrzyżowań w kształcie rond. Późnym popołudniem docieram do miejscowości Bourges, gdzie znajduję za pomocą Internetu parking dla kamperów z serwisem.

Bourges – miejscówka na nocleg.

Lokalizacja przy kompleksie boisk sportowych i stadionie, powoduje, że wokół kręci się mnóstwo sportowców różnych dyscyplin. Wieczorem wszystko cichnie i jest spokojnie. Obok mnie parkuje co najmniej kilkanaście kamperów z różnych krajów. Wyczytuje w przewodniku, że miasto posiada sporo zabytków, ale zmęczenie powoduje, że chcę odpocząć i idę spać


21.03.2017 Wtorek – dzień 6

Bourges – Mielan (Region Midi Pyrenees – Francja)

Przebieg od wyjazdu – 2310 km; Przebieg dzienny – 664 km;

Miejsce na nocleg okazało się przyjazne do odpoczynku. Po śniadaniu ruszam w kierunku Lourdes. Pogoda nie nastraja optymistycznie. Jest zimno i pada deszcz ze śniegiem.

Region „Pireneje” – w dali ośnieżone szczyty.

Zastanawiam się, kiedy będzie koniec tej aury, w końcu podążam na południe. Jazda przy takiej pogodzie nie należy do przyjemnych, chce się spać i często ogarnia znużenie. Robię częste przerwy na kawę i staram się pochodzić w najbliższym otoczeniu. W ten sposób przejeżdżam Region Centralny i Akwitanię. Po 564 km znajduję parking dla kamperów z serwisem, niestety niezbyt czysty i zadbany. Stoi już tu kamper z Francji i z Belgii, zaś samo miasteczko robi wrażenie przyjaznego i jest typowe dla Francji. Jestem w regionie Midi Pyrenees, gdzie dają o sobie znać coraz wyższe wzniesienia, a na horyzoncie pojawiają się Pireneje z nierzadko ośnieżonymi szczytami. Tablice drogowe przestrzegają przed zjeżdżaniem z wzniesień „na luzie”.


22.03.2017 Środa – dzień 7

Mielan – Lourdes (Midi Pyrenees – Francja)

Przebieg od wyjazdu – 2278 km; Przebieg dzienny – 68 km;

Około południa przyjechałem do Lourdes. Miałem do przejechania po wczorajszym „maratonie”, tylko ok. 70 km. Po minięciu rogatek wjazdowych do miasta – pełne zaskoczenie. Miast spodziewanej mieściny z okazałymi budynkami sakralnymi, potężne miasto z pełną infrastrukturą. Stałych mieszkańców zamieszkuje tu ok. 20 tys. Liczba hoteli, sklepów i straganów jest imponująca. Najwięcej jest hoteli, i to niezłych. Większa część nieczynna ze względu na przerwę sezonową. Rocznie miejsce to odwiedza ok. 5 mln turystów w tym spora ilość z Polski.

Parkuję najpierw pod McDonald-em, ze względu na dostęp do Internetu. Mam co prawda pakiet 1Gb w Nju, ale ile by tego nie było – zawsze będzie mało. Jadę na parking dla kamperów, zlokalizowany w innej części miasta. Jest to typowy parking miejski zlokalizowany na uboczu z przeznaczeniem dla parkowania autobusów wycieczkowych i kamperów. Niestety nie ma serwisu dla kamperów. Jest za to płatny kemping. Z założenia nie korzystam z parkingów płatnych. We Francji sieć kamper-placów, jest niezła. Najczęściej, miejsca te umożliwiają serwis kampera obejmujący nabranie wody, spuszczenie wody szarej i opróżnienie toalety (wyprowadzenie kota). Niestety użytkownicy nie dbają o czystość tych miejsc. Może, gdyby była symboliczna opłata, byłoby czyściej. Miejsca te są intensywnie użytkowane. W porze zbliżającego się noclegu, parkingi takie, zapełniają się załogami z różnych stron Europy. Aktualnie przeważają turyści – nieczynni zawodowo, z Francji i Hiszpanii. Jak do tej pory nie spotkałem załogi z Polski. Wiem, że jechała załoga z Gdańska (rodzina z dziećmi) po stronie południowej półwyspu iberyjskiego z metą w Barcelonie. Ja wybrałem jako początek północ i dodatkowo Portugalię, zaś powrót stroną południową przez Andorę.

Zdejmuję rower z bagażnika i ruszam na poszukiwanie Sanktuarium.

Czas na wizytę w Sanktuarium. Stanowi go, bardzo rozległy teren. Myślę, że przewyższający powierzchnią Watykan. Wejście na teren odbywa się jedną z dwóch bram: południową lub północną. W centrum potężny kościół a właściwie dwa, jeden na drugim. Z boku grota cudownych objawień. Pielgrzymi przechodzą całe wnętrze pod ścianą, wodząc ręką po skale. Tuż obok jest cudowne źródełko, z którego woda doprowadzona jest do kraników, z których jak informują tablice, pobieranie jest niewskazane (zakazane). Można także zamówić sobie kąpiel w cudownej wodzie (12 stopni), ale trzeba to zrobić rano, by się „załapać”. Od strony logistycznej sanktuarium jest doskonale zorganizowane. Jest dużo bezpłatnych toalet, ławek sklepików z dewocjonaliami, punktów informacji, itp. Pogoda nie sprzyjała niestety dłuższemu pobytowi – było zimno.

W drodze powrotnej robię zakupy pamiątek i wracam na parking, tu spędzając noc.

Lourdes – Kościół na kościele.
Lourdes – widok z góry na Grotę.
Lourdes – Grota.

23.03.2017 Czwartek – dzień 8


LOURDES (Francja) – San Sebastian – Zumaia (Pais Vasco – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 2539 km; Przebieg dzienny – 261 km;

Już w Hiszpanii.

Rano zbieram się dość wcześnie, jako że do przejechania jest spory kawałek. Chciałbym dziś osiągnąć Hiszpanię. Na stacji Carrefour, tankuję do pełna w dobrej cenie, choć z moich informacji, wynika, że najtaniej paliwo w tym rejonie Europy kupuje się w Hiszpanii. Zobaczymy. Około godz. 14-tej zaczynam odczuwać głód. Zatrzymuję się w urokliwej francuskiej miejscowości nad rzeczką. Jest to miejscowy parking. We wszystkich małych miasteczkach Francji w centrum zawsze był zlokalizowany parking, co powoduje, że z zatrzymaniem nie było problemu. Przygotowuję jakiś obiadek z moich ogromnych zapasów i w drogę. Jadę dalej, coraz bliżej granica z Hiszpanią i nadzieja na południowe słońce, bo jak do tej pory to pogoda nie powala. Ciemne chmury nie zwiastują nic dobrego. Docieram do granicy w Urrugne w Akwitanii. Za 1 km koniec Francji. Jestem w Irun nadgranicznej miejscowości Hiszpanii.

Irun – już w Hiszpanii.

Już we Francji widać było, że jestem coraz bardziej na południu. Zmieniało się budownictwo i roślinność. Przejeżdżam bardzo trudny odcinek przez San Sebastian. Na długości 100 km nie było zjazdu na parking by móc chwilę odpocząć. Szukałem w mojej aplikacji miejsca na postój dla kampera, niestety tylko campingi i to w cenie supereuropejskiej. Nie dziwota, plaże w San Sebastian należą do czołówki światowej. Rzeczywiście widok z drogi na ocean przepiękny, ale system dróg i estakad z mnóstwem zjazdów bardzo skomplikowany. Zjeżdżam z trasy w poszukiwaniu stacji paliw i okazuje się, że jechałem odcinkiem płatnej autostrady. Tankuję po korek w naprawdę dobrej cenie 0,999 Euro za litr.

Był to jak do tej pory jedyny odcinek drogi , gdzie zapłaciłem za przejazd. Prawdopodobnie w wyniku zmęczenia nie zauważyłem wskazań obu nawigacji. Jadę na „Automapie” i dodatkowo na „Google” – ach. Ta ostatnia mapa wymaga ciągłego dostępu do Internetu, ale jest dokładna i bardzo aktualna. Robi się coraz bardziej późno. Nie mam jeszcze wybranego miejsca na noc. Spojrzenie z okna auta na bezkres oceanu dodaje sił. Zatrzymuję się na nabrzeżnym parkingu, by oprócz widoku pooddychać oceanicznym klimatem. Droga prowadzi nabrzeżem, nierzadko w tunelach wyrytych w skałach. Mijam przepiękną miejscowość Getaria. Niestety nie za bardzo się jest, gdzie zatrzymać. Obiecuję sobie tu wrócić jutro na całodniową wycieczkę rowerową. Docieram do nadmorskiej miejscowości Zumaia. Przy drodze jest parking należący do mariny z otwartym szlabanem. Na parkingu jest pusto. Zmęczenie powoduje, że zatrzymuję się tutaj z zamiarem spędzenia nocy. Po kolacji i obserwacji dostrzegam na drugim brzegu rzeki pod mostem kilka kamperów. To poszukiwany przeze mnie parking. Szybko przemieszczam się mimo nocnej pory i spokojnie zasypiam.

Droga prowadzi nabrzeżem Zatoki Biskajskiej.
Widok na Zatokę Biskajską.
Zumaia – Nocleg na nabrzeżu.

24.03.2017 Piątek – dzień 9

ZUMAIA, Getaria (Pais Vasco – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 2539 km; Przebieg dzienny – 0 km;

Wyspany i wypoczęty postanawiam zrobić dziś sobie dzień przerwy na zwiedzanie. Szykuję rower i sprzęt fotograficzny i wybieram się do oddalonej o kilka kilometrów – malowniczą drogą nad brzegiem Zatoki Biskajskiej – Getarii. Droga jest niebezpieczna, bo chwilami prowadząca tunelami drążonymi w klifie, a dodatkowo jest bardzo wąsko. Po drodze w oceanie dostrzegam „deskowiczów”, którzy czekają na odpowiednią falę. Wody Zatoki są raczej zimne w porównaniu do wybrzeży południa, ale widać to ich nie zraża. Z daleka widać garbatą wysepkę El Raton (mysz) zasłaniającą port rybacki.

Pomnik żeglarza J.S. Elcano.

To centrum byłej wioski rybackiej, dziś miejscowości turystycznej. Rower parkuję przy pomniku Juana Sebastiana Elcano, żeglarza, który jako pierwszy opłynął świat. Jego statek jako jedyny z floty Magellana powrócił z wyprawy.

Zumaia -widok na port i „Mysz”.

Wjeżdżam schodami ruchomymi, a później windą na punkt widokowy by podziwiać widok na ocean.

Droga nie jest zbyt bezpieczna.
Widok na El Raton (Mysz).
Widok na port i zatokę.

25.03.2017 Sobota – dzień 10

Zumaia – ELLOROIO (Pais Vasco – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 2595 km;
Przebieg dzienny – 56 km;

Ruszam dalej. Cel Bilbao. Pogoda fatalna, ale nie sposób pominąć przepiękne widoki oceanu. Zatrzymuję się na specjalnym parkingu z ławeczkami i podziwiam spienione fale. Gdyby było ciepło pewnie przesiedziałbym tu do wieczora. Po przejechaniu tylko kilkudziesięciu kilometrów postanawiam zatrzymać się na niezłym parkingu w Ellorio.  Lokalizacja niezła na wzgórzu wśród zieleni. Całe popołudnie pada obficie deszcz. Infrastruktura wykonana przy udziale środków z UE o czym informuje stosowna tablica. Wykonuję serwis. Napełnienie wodą kosztuje 1 Euro. Późnym popołudniem nie zważając na deszcz wykonuję spacer po miasteczku. Jest Wielka Sobota, którą czci się tu bardziej niż niedzielę czy poniedziałek po wielkim tygodniu. Wchodzę do okazałego kościoła. Wnętrze jest przepiękne, z niewiarygodnie okazałym i bogatym ołtarzem. We wnętrzu tylko kilka osób, czekających na rozpoczęcie nabożeństwa. Kościół jest ogrzany.

Robię serwis kampera.
Elorio – parking.
Deszczowa Zatoka Biskajska.

 

Ciąg dalszy w cz. 2