Półwysep Iberyjski 2017 – cz. 4

Półwysep  Iberyjski cz. 4

Sobota 15 kwietnia – dzień 31


La Linea de la Concepcion – Gibraltar – stacja benzynowa Villanueva del Rosario (Andaluzja – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 5134 km; Przebieg dzienny – 183 km;

Z samego rana zbieram się na wycieczkę. Przedtem jednak podjechałem poprzez granicę po paliwo. Odprawa sprawna, kontrola dokumentów, dwukrotna i przejeżdżam pas startowy lotniska. Tuż za stacja paliw. Cena oleju napędowego 0,906 euro/litr, lub 0,763 Funta/litr. Nalewam po korek i płacę funtami, dostaję resztę 1,13 w funtach gibraltarskich, które będzie trudno wydać w innym miejscu niż Gibraltar. Gdybym płacił w Euro kartą, przewalutowano by najpierw funty na euro, co byłoby niekorzystne. Gdy się płaci gotówką przeliczeń nie ma. Po rundzie honorowej wokół miasta wracam na swój parking. Postawienie auta na terenie kolonii brytyjskiej, mimo godzin porannych było chyba niemożliwe.Pakuję plecak, trochę ciężki, ale niczego nie mogę zapomnieć. Woda, owoce przygotowane do spożycia z widelcem, coś do przegryzienia, no i pozostały stały ekwipunek w postaci przewodnika i całego sprzętu medialnego.

Przejeżdżam po raz drugi w dniu dzisiejszym granicę (tym razem rowerem) i docieram do rynku z mnóstwem kawiarnianych ogródków i takim samym mnóstwem ludzi.

Gibraltar – wejście na rynek.

Przypinam rower do jakieś balustrady i głównym deptakiem pełnym sklepów w stylu angielskim kieruję się do kolejki linowej. Przechodzę dobry kawałek i dostrzegam wagonik w górze, a zaraz potem sporą kolejkę chętnych do wjazdu.

Ustawiam się w ogonku i w międzyczasie czytam tablicę z cennikiem. Wjazd 12,5, wjazd i zjazd 14,50 i 20,5 z wstępem do atrakcji na trasie (ceny w funtach). Kiedy wydaje mi się, że już za chwilę wjadę, okazuje się, że po zakupieniu biletu kolejka oczekujących dalej się wije do wnętrza budynku i potem dalej. Rezygnuję. Postanawiam, że chociaż w części zaliczę atrakcję idąc pieszo. Wchodzę na teren przepięknego parku, rodzaj ogrodu botanicznego z mnóstwem egzotycznych roślin, śpiewem ptaków (także papug), a w głębi również woliery z małpami. Są tabliczki kierunkowe, ale żadna nie wskazuje na skałę. Opuszczam to zielone miejsce i tak jak auta wiozące turystów drapię się na górę.

Po lewej stronie widok całej Cieśniny Gibraltarskiej z oczekującymi na redzie statkami i gdzie nie gdzie, sunącymi promami z i do Afryki. Gdzieś w dali za mgłą majaczą góry Atlas. Jest bardzo ciepło, robię częste przystanki i popijam wodę. Na wysokości mniej więcej średniego przystanku kolejki dochodzę do bramy wejściowej, na której kasują mnie 1 euro za wejście. Gdybym chciał obejrzeć atrakcje, cena 10 euro. Dostaję plan marszruty z zaznaczonymi poszczególnymi miejscami. Do Jaskini St. Michae’ls mam 300 metrów stromo pod górę, auta z turystami biorą zakręt na dwa razy cofając. Postanawiam pójść Queen’s Road i przywitać się z żyjącymi tu na wolności, jedynymi w Europie małpkami. Jest ich sporo i mocno dokazują. Nie zauważyłem by dobierały się do plecaków turystów w poszukiwaniu smakołyków. Chętnie za to wchodziły na dachy zatrzymujących się aut. Dalej dochodzę do Military Herittage Center i idąc w dół mijam szczątki Moorish Castle i Flat Bastion Road. Nie odważam się przejść wcześniej przez zawieszony na linach Windsor Bridge na wysokości ok. 300 m. Niby nie mam lęku wysokości, ale boję się spojrzeć w dół, a co dopiero przejść. Schodzę w dół zgodnie ze strzałką Town.

 

Zejście nie jest trudne, początkowo ścieżką wyłożoną kamieniami (ślisko), a później schodami, aż do głównego deptaka – wychodzę przy sklepie Marks & Spencer. Gdybym wiedział, że już tędy mogę rozpocząć wchodzenie, moja droga byłaby o wiele krótsza. Dochodzę do rynku wśród zgiełku i ścisku, zabieram rower i za kilka minut jestem na parkingu. Wycieczka nie była wyczerpująca, aczkolwiek wymagała sporo wysiłku.

W drodze powrotnej -‎⁨Manilva⁩, ⁨Andaluzja⁩, ⁨Hiszpania⁩

Robię sobie posiłek i ponieważ jest jeszcze wcześnie postanawiam ruszyć w dalszą drogę. Po 174 km skręcam na stacje paliw zlokalizowaną w przyzwoitej odległości od autostrady.

Nocleg – okolice ‎⁨Villanueva del Rosario⁩, ⁨Andaluzja⁩, ⁨Hiszpania

Jest duży plac, cicho i spokojnie – decyduję się tu spędzić noc. Po pewnym czasie dochodzę do wniosku że co jakiś czas włącza się agregat chłodzący w jednym z TIR-ów. Nie przejmuje się tym, bo stoję na samym końcu i hałas nie jest tak uciążliwy. W nocy przyjeżdża jeszcze jakiś TIR i parkuje.

 

 

Niedziela 16 kwietnia – dzień 32


stacja benzynowa Villanueva del Rosario Andaluzja – Pinto (okolice Madrytu – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 5610 km; Przebieg dzienny – 476 km;


Podążam autostradą A-44 w kierunku Madrytu.

Dziś pierwszy dzień świąt. Wypada zjeść coś specjalnego. Przygotowuję jajka na miękko, parówki i szynkę – więcej nie potrzeba. Później po drodze kawa z ciastem drożdżowym.

Przerwa na kawę i podziwianie krajobrazu.

Droga prowadzi cały czas autostradą. Po jakimś czasie zaczyna przybywać pojazdów i ruch traci płynność. Dochodzę do wniosku, że dalsza jazda nie sensu, przecież mi się nigdzie nie spieszy.

IMG_3514

Zjeżdżam na teren dużej stacji benzynowej z restauracją, na którą zjeżdżają też autobusy wiozące wycieczki. Jest mnóstwo aut i ludzi. Jest w końcu Semana Santa (Święta Wielkanocne) Staję w spokojnym miejscu mając jak na dłoni ruch na autostradzie.

Parking na autostradzie – w dali korek aut.

Przeczekuję w ten sposób ok. 5 godzin, po czym późnym popołudniem ruszam w kierunku Madrytu. Jazda jest męcząca ze względu na temperaturę. Chwilami w termometr pokazuje na zewnątrz 32 stopnie podczas jazdy, co oznacza, że jest kilka stopni więcej. Często włączam klimatyzację i jakoś się jedzie. Po drodze jest mnóstwo policji, najczęściej na motocyklach.

Miejsce postojowe w okolicach Madrytu.

Wybieram parking dla kamperów na przedmieściach Madrytu w miejscowości Pinto. Jest dobrze zorganizowany i usytuowany wśród zieleni. Wjazd rejestruje kamera i szlaban. Pobiera się bilet tak jak na autostradzie. Zajmuję miejsce między dwoma Hiszpanami. Jest to najlepszy parking jaki miałem okazję po drodze odwiedzić. Niestety płatny 8 euro za dobę. Mimo wieczoru idę się przejść po terenie, jest dużo rodzin z dziećmi. Wieczór jest bardzo ciepły, to dzieciaki dokazują. Obok jest stacja benzynowa Carrefour z dieslem po 1,05 euro/litr. Jutro trzeba nalać po korek.

Poniedziałek 17 kwietnia – dzień 33


Pinto (okolice Madrytu) Portugalia – Pampeluna (Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 6016 km; Przebieg dzienny – 406 km;


Dziś drugi dzień świąt. Jakoś nie chce mi się jeść. Zadowalam się płatkami z mlekiem i herbatą. Śniadanie zrobię po drodze. Podjeżdżam na serwis. Jest wszystko super przygotowane. Jednorazowo mogą nabierać wody i spuszczać wodę szarą 6 aut. Jest czyściutko, osobne stanowiska do opróżniania toalet. Nad całością czuwa gospodarz, kierując kolejne kampery i pomagając w regulowaniu należności. Trzeba stanąć w określonym miejscu, kamera zeskanuje numer i porówna z naszym biletem. Na ekranie wyświetla się należność. Płatność kartą i można wyjeżdżać. Zapłaciłem 4,75 euro tylko za czas przebywania.

‎⁨Guadalajara⁩, ⁨Kastylia-La Mancha⁩, ⁨Hiszpania⁩ – coraz bliżej Francja.

Wybieram drogę na Francję i plątaniną rozjazdów w odległości ok. 60 km od Madrytu jestem na autostradzie prowadzącej do Pampeluny. Po drodze na parkingu autostradowym kupuję świeżutką bagietkę i mimo godz. 13,30 przygotowuję świąteczne śniadanie. Zatrzymało się tu dużo ludzi, jedzą przygotowane wałówki i dalej w drogę.

‎⁨Medinaceli⁩, ⁨Kastylia-León⁩, ⁨Hiszpania⁩ – wyraźnie inny krajobraz.

Po 406 km docieram do Pampeluny i wybieram miejsce na pięknym parkingu przy skwerze z zielenią ze spokojną ulicą bez ruchu.

Spróbuję tu przenocować, może mnie nie przegonią, w końcu znaków nie ma żadnych i stoją zaparkowane auta osobowe. Robię obiadek z kolacją i resztę wieczoru spędzam na uzupełnianiu zaległości w dzienniku. Jutro zakupy ostatnie w Hiszpanii (koniecznie oliwa z oliwek i winko) i już do Francji.

Wtorek 18 kwietnia – dzień 34
Pampluna (Hiszpania) – Clerac (Francja)
Przebieg od wyjazdu – 6388 km; Przebieg dzienny – 372 km;

Noc spokojna i w cichym miejscu, mimo że za pasem zieleni obwodnica autostradowa. W nocy budzi mnie chodzący silnik jakiegoś samochodu. Postój trwa dość długo, po czym auto odjeżdża. Pewnie zmotoryzowani przyjechali w piękne miejsce na nocne rozmowy. Rano znajduję na ulicy przy moim aucie kubki plastikowe. Trochę nieładnie, bo miejsce – jak wspomniałem piękne i czyste. Obok auta był kosz na śmieci. Od samego rana po skwerach kursowały służby porządkowe zbierając śmieci. Miejsce godne polecenia, dla innych. Przed 9-tą podjeżdżam ok. 600 m na parking Lidla. Sklep jeszcze nieczynny, ale po otwarciu robię zakupy, dla domu, co by wiedzieli jak co smakuje w Hiszpanii (owoce).

Ruszam przez Pireneje, a na granicy obserwuję duży ruch w centrum handlowym. Z zaciekawieniem przystaję i idę na rekonesans. Pierwszy napotkany sklep to elektronika.

Przygraniczne centrum handlowe.

Na każdej cenie podana cena, ile dana rzecz kosztuje we Francji. Oczywiście wszystko droższe niż tu. Dla mnie nie było nic atrakcyjnego, więc dalej w drogę. Za to w markecie spożywczym wino z nalewaka. Tuż przed granicą stacja paliw z olejem po 0,999 euro za litr. Oczywiście leję pod korek. Wchodzi ok 40 litrów. Pewnie w tej cenie już po drodze nie zatankuję.

Ostatnie kilometry w Hiszpanii.

Przez Francję mam ok. 1000 km, a paliwo tu jest tańsze niż w Niemczech. Po drodze na parkingu autostradowym w lesie robię sobie obiadek. Dziś gołąbki ze słoika – nawet smaczne, do tego z mięsem, a nie sam ryż. Na deser hiszpańskie truskawki, smaczne i pachnące. Smakują naturalnie, pomimo produkcji pod osłoną. Około 17 tej jestem w okolicach Bordeaux. To, ok. milionowe miasto, z obwodnicą autostradową, niestety bardzo zatłoczoną. Jadąc już wcześniej widziałem w Google – ach trasę na czerwono, a zatem wiedziałem, że łatwo nie będzie. Rzeczywiście przejazd zajął mi ok. 2 godz. W porównaniu do korków u nas, to mały Pikuś. Robi się coraz później, trzeba rozejrzeć się za miejscem do spania. Mógłbym, co prawda zostać na kolejnym parkingu autostradowym, ale liczba TIR-ów na parkingu przeraża, mimo że parkują w innym oddalonym miejscu.

Znajduję w aplikacji miejsce z serwisem dla kamperów w odległości 12 km. Zjeżdżam z autostrady i drogami szerokości wiejskiego traktu docieram do przepięknego miejsca nad stawem z mnóstwem zieleni. Jest jeszcze jeden kamper z UK.  Idę się przejść po malutkiej, zadbanej i czystej mieścinie. Musi być tu porządny mer. Wierzę, że będzie się tu dobrze spało. Jutro połowa dystansu do siedziby Hymera w Badenii – Wirtembergii, czyli ok. 600 km. Oczywiście, tak jak do tej pory – nie na siłę. We Francji drogi są bardziej podrzędne z mnóstwem rond, a zatem jedzie się wyraźnie wolniej, chociaż dziś nie było źle, pewnie ponad połowa biegła bezpłatnymi autostradami i drogami expresowymi.

Środa 19 kwietnia – dzień 35
Clerac – Ge’nelard (Francja)

Przebieg od wyjazdu – 6922 km; Przebieg dzienny – 534 km;


Pospałem dość zdrowo do 9-tej. Wszystko przez to, że we wnętrzu auta jest całkowite zaciemnienie. Dopiero jak odsłonię którąś żaluzję słońce budzi w pełni. Rano, po śniadaniu serwis kampera, korzystając z tego, że woda pod ręką. Żal opuszczać tego miejsca, jest naprawdę przyjemne.Ruszam w drogę, po drodze w najbliższym miasteczku zaglądam do Intermarche. Trzeba kupić bagietkę, wina w końcu jestem w Bordeaux i owoce. Odnośnie bagietki to cały czas kupowałem w Lidlu. Muszę stwierdzić, że kupiona w Intermarche, nawet w Hiszpanii czy Portugalii smakuje zupełnie inaczej. Prawdziwie po francusku. Korzystam z okazji, że stoję na parkingu i robię kawę. Nie wiem, kiedy po drodze uda się znaleźć jakieś miejsce. Dojeżdżam do głównej drogi dwupasmowej i jedzie się naprawdę nieźle. Problem to TIR-y, które mnie poganiają, bo jadę im za wolno. Ja trzymam cały czas 85, ale oni walczą z czasem. Jak są dwa pasy to pół biedy, gorzej jak nie mogą wyprzedzić. Zaobserwowałem na drodze N70 prowadzącej tranzytem do Paryża, gdzie cały czas jezdnia rozdzielona jest podwójną białą linią i dodatkowo w środku żółtą. Wiadomo, że chodzi o nie wyprzedzanie. Drogą tą w obu kierunkach sunie TIR za TIR-em, i chętnie by się ścignęli, ale co kilkanaście kilometrów jest kamera i po jej minięciu jest znowu takie urządzenie. Jedynie, gdy pokaże się na kilkaset metrów poszerzenie na dwa pasy wtedy jest możliwość wyprzedzenia. Pomysł z podwójną ciągłą jest dobry, ale u nas chyba dalej byłoby wyprzedzanie.Po godz. 19tej zaczynam rozglądać się za miejscem na noc. Znajduję w nieocenionej aplikacji „Parking” w odległości 4 km. Program wyznacza trasę ze zjazdem, który okazuje się zamknięty. Przejeżdżam górą nad drogą i jadę  zpowrotem (tak jak nakazuje mapa) i ten zjazd także nie ma przejazdu.

Tym razem skręcam z wiaduktu w prawo i po 9 km docieram do pięknego parkingu z serwisem usytuowanego w samym centrum miejscowości G’enerald, tuż nad przystanią rzeczną. W programie była informacja, że jest bezpłatny prąd. Niestety po sprawdzeniu okazało się, że napięcia nie było w gniazdku w związku z czym uruchomiłem generator by naładować MAC-a. Bez niego niemożliwe byłoby napisanie relacji.

Jadąc po drodze cały czas nabrzeżem rzeki, widziałem nawet śluzę, a przy parkingu stoją zacumowane dwie łajby. Jem kolację wybitnie francuską. W Intermarche rano kupiłem ser pleśniowy (najbardziej śmierdzący), do tego mieszanka sałat z malutkimi pomidorkami i oliwkami. Pycha. Jakoś nie tęsknię za mięsiwem i wędlinami, zresztą w domu też zjadam tego mało. Jutro pewnie opuszczę Francję, do granicy ok. 400 km, potem to już Niemcy i Badenia Wirtembergia.

Czwartek 20 kwietnia – dzień 36

G’enelard – Buchenbach, Breitnau (Niemcy)

Przebieg od wyjazdu – 7353 km; Przebieg dzienny – 431 km;

Noc zimna, ogrzewanie włącza się i „trzyma”, przy okazji od razu mam gorącą wodę na poranny prysznic. Rano przy pakowaniu auta (kliny) doczytuję, że tutaj znajdowała się linia demarkacyjna i stąd wysiedlano ludność w czasie drugiej wojny. Przejeżdżając przez miasteczko daje się zauważyć biedę. Domy w centrum wymagające remontów uliczki niezbyt schludne. Cóż, jak wszędzie trafiają się regiony bardziej i mniej zadbane. Droga raczej jednostajna ze stałymi punktami to znaczy przerwa na kawę, jedzenie i znowu na kawę. W międzyczasie podziwiam ogromne połacie pól uprawnych z coraz bardziej przeważającym w uprawie rzepakiem. Rośliny są bogato żółto ukwiecone i daje się czuć swoisty miodowy aromat. Gdzieś w okolicach Miluzy (Milchausen) robię ostatnie zakupy, zwłaszcza dokupuję paliwa, by gdzieś na autostradzie w Niemczech mi nie zabrakło. Wożę, co prawda kanisterek 5 litrowy, ale myśl o dolewaniu i odpowietrzaniu układu paliwowego nie nastraja do ryzyka. Wreszcie granica. Ren jest imponujący, po prawej stronie mostu zapora z elektrownią, po lewej przepływające jednostki. Od tego momentu mogę już jechać bez obaw o opłaty za autostrady. Co by nie powiedzieć, trzeba oddać sprawiedliwość – niemieckie drogi są najlepsze pod względem wykonania. Nie ma na nich dziur, a jak były to łaty nie są wyczuwalne pod kołami. Niemcy, jak wy to robicie?

Czuje się zmęczony, przejechałem ponad 400 kilometrów. Rozglądam się za miejscem na spanie. Zbaczam z drogi 31 i wjeżdżam do miasteczka Buchenbach. Jadę do końca wypatrując dogodnego miejsca. Niestety dopiero przy wyjeździe zauważam po prawej stronie na wzniesieniu dźwig i budowę z doprowadzonym nowo wylanym asfaltem. Wjeżdżam na wzgórze i wycofuje w alejkę, jest mocno wyczuwalny spad. Ustawiam auto poprzecznie, ale efekt jest mizerny. Nie chcę wyjmować klinów i podkładać pod koła, bo a nóż przyjadą służby i każą się zwijać. Zostawiam auto i idę po całym dniu przejść się. Jest paskudnie zimno. W końcu to Szwarcwald z bliskim sąsiedztwem Alp. Po powrocie zmęczony szybko zasypiam i budzi mnie zimno. Okazuje się, że skończył się gaz w butli. Trzeba się ubrać i wyjść na zewnątrz przekręcić reduktor do butli pełnej. Wracam i dochodzę do wniosku, że spać się na takiej pochyłości nie da. Uruchamiam maszynę i dojeżdżam do głównej drogi i rozpoczyna się wspinaczka na 1000 m n.p.m. W zbiorniku resztki paliwa, wypatruję więc w tej nocy stacji paliw. Drogowskaz pokazuje w prawo 300 metrów. Kluczę po uliczkach Breitnau i dojeżdżam do ulicy ze znakiem „ślepa ulica”.

Na szczęście po lewej stronie jest parking i stoi na nim jakiś kamper. Parkuje i rozbudzony, jeszcze godzinę czytam wiadomości w sieci. Jutro pewnie odbije się to podczas dnia. Niewyspanie da znać o sobie jutro, a właściwie dziś, bo jest dobrze po pierwszej.

Piątek 21 kwietnia – dzień 37

Breitnau – Bad Waldsee (Niemcy)

Przebieg od wyjazdu – 7520 km; Przebieg dzienny – 167 km;


Noc paskudnie mroźna, widzę to po zamarzniętych kilku autach parkujących obok. Dla mnie na szczęście nie. Ogrzewanie działa bez zarzutu i automatycznie utrzymuje zadaną temperaturę. W trakcie śniadania słyszę pukanie do drzwi. Uprzejma pani zwraca mi uwagę, że tu nie wolno parkować, bo to parking prywatny. Odpowiadam grzecznie, że za 15 minut odjeżdżam. Z ciekawości wychodzę szukać oznaczenia tego parkingu i robię zdjęcia. Niczego nie znalazłem, za wyjątkiem poszukiwanej w nocy stacji paliw. Była 50 m ode mnie. Wracając do „uprzejmej” Niemki, zastanawiam się, czy to syndrom oznaczenia PL na tablicy rejestracyjnej? Czy kiedyś zmieni się mentalność tych ludzi? Muszę przyznać, że wielokrotnie odczuwałem na parkingach niechęć wobec mnie jako Polaka. Być może to odczucia subiektywne, ale dało się to wyczuć. No cóż, pewnie jeszcze trzeba dużo czasu. Tankuje na stacji Shella, jak się okaże w drodze paliwo super jakości. Auto zachowuje się bardzo zrywnie, a spalanie osiąga wartości poniżej 7 litrów.

Po drodze mijam z prawej strony potężny zbiornik wodny. To jezioro Bodeńskie. Jestem w okolicach Konstancy. Widok przepiękny. Zatrzymuję się na specjalnie wydzielonym przydrożnym punkcie widokowym.

Mimo mrozu (!) wychodzę z auta i filmuję, oraz robię zdjęcia. Uroku temu miejscu dodają otaczające winnice. To stąd pochodzi Riesling, wyborny produkt Badenii – Wirtembergii.

Dojeżdżam do Bad Waldsee, siedziby potentata europejskiego w produkcji samochodów kampingowych. Najpierw postanawiam odwiedzić muzeum. Budynek imponujący, wstęp 9,5 Euro. Eksponaty od, z lat trzydziestych ubiegłego wieku, do najnowszych z 2008. Moje zainteresowanie bardziej wzbudziły auta podoczepiane do tych zabytkowych przyczep. Były to przepięknie utrzymane DKW-ki, Mercedesy, Ople. Przedsięwzięcie właściciela, raczej nastawione na zarabianie pieniędzy niż wartość muzealną.

Przemieszczam się do salonu sprzedaży i serwisu firmy. Przede mną długi sznur samochodów opuszczających teren fabryki. Jest dopiero trzynasta, a pracownicy już skończyli pracę? Okazuje się, że w piątek dzień pracy jest krótszy. W efekcie w serwisie już nie zastałem nikogo i nie mogłem porozmawiać na temat mojego Hymera. Uprzejma pani poinformowała mnie, że zaprasza mnie już w poniedziałek (!). Trudno. Za to salon czynny jest do 18tej. Parkuję mój kamper na parkingu przyfabrycznym specjalnie dla kamperów. O dziwo jest darmowe podłączenie do prądu, nawiasem mówiąc pierwszy raz na tej trasie. Idę do salonu. Jest tu kilkadziesiąt kamperów i przyczep kampingowych. Do każdego można wejść, posiedzieć i pooglądać. Ceny od 45 do ponad 100 tysięcy euro. Na mnie robią największe wrażenie pełne integry na podwoziu mercedesa z automatyczną skrzynią biegów. Jakość wykonania jest naprawdę widoczna. Widzę szczęśliwych oczekujących na swoje auto; nazwiska ich wyświetlane są na tablicy. Nie szaleję z powodu tych nowości, wracam do mojego autka, które na takim dystansie mnie nie zawiodło. Jem ostanie pierogi tym razem z wiśniami i udaję się na ostanie zakupy. Do domu 860 km i nie będę się spinał, by jutro ten dystans pokonać, chociaż byłoby to możliwe, bo droga przez Niemcy prowadzi autostradami. Wszystko zależy, czy wstanę rano wypoczęty i wyspany.

Sobota 22 kwietnia – dzień 38

Bad Waldsee (Niemcy) – Dom

Przebieg od wyjazdu – 8389 km; Przebieg dzienny – 869 km;


Rankiem okazało się, że z tym darmowym prądem nieco przesadziłem. Okazało się bowiem, że podłączyłem swój kabel do gniazda zwolnionego przez poprzednika, który nie wykorzystał opłaconego przydziału. Po dokładnym sprawdzeniu znalazłem automat do opłat – cena 1 euro za 2kWh. To niezła cena, biorąc pod uwagę oferty spotykane na trasie. Zbieram się, likwidując podłączenie do prądu. Ruszam w kierunku domu, drogą prowadzącą autostradą. Tak będzie do samej granicy. Wrzucam tempomat na 90 km/godz. i spokojnie zmierzam do celu. Jazda jest komfortowa, bez TIR-ów, bo dziś sobota. Za to na mijanych parkingach autostradowych całe szeregi tych aut. Gdyby to wszystko wsadzić na tory, o ile łatwiej byłoby się poruszać, o ile mniej cierpiało by środowisko, ale niestety pracę straciło by wielu kierowców. Po drodze najwięcej ciężarówek z rejestracją polską, najmniej francuskich i niemieckich. Walcząc z monotonią jazdy robię kilka przerw kawowych i obiadową. Jedzie się naprawdę przyjemnie, nie odczuwając zmęczenia. Do domu docieram późnym wieczorem, nawet bardzo nie zmęczony.