Półwysep Iberyjski 2017 – cz.2

Półwysep Iberyjski cz. 2

26.03.2017 Niedziela – dzień 11

Ellorio – Bilbao (Bilbo) – Lierganes  (Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 2748 km; Przebieg dzienny – 153 km

W niedzielny poranek docieram do stolicy Kraju Basków – Bilbao lub Bilbo, jak nazywają swoje miasto Baskowie. Znajduję miejsce do zaparkowania w samym centrum, co jest nie lada szczęściem. Parkowanie kampera to nie to samo, co samochodu osobowego. Niestety auto stawiam nie do końca prawidłowo, obawiajając się mandatu. Schodzę na deptak (paseo) przy rzece Nervion, zapełniony spacerowiczami. Jest słonecznie, ale nie za ciepło. Odwiedzam Muzeum Guggenheima, by spedzić tu kilka godzin. Budynek, tak z zewnątrz, jak i wewnątrz jest imponujący.

Kieruje się do Santiago de Compostela. Po drodze przejeżdżam przez Laredo, położone nad oceanem. Niestety nie ma tu palcu postojowego dla kamperów, więc jadę dalej. Późnym wieczorem docieram do Lierganes w Kantabrii.

Bilbao – bulwar nad rzeką.
Bilbao – Muzeum Guggenheima.
Bilbao – bulwar nad rzeką Nervion.

27.03.2017 Poniedziałek – dzień 12

Lierganes (Kantabria – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 2748 km; Przebieg dzienny – 0 km;

Urocza miejscowość niedaleko San Sebastian, nastawiona na rozwój turystyki. Na tyłach lokalnej stacji kolejowej zlokalizowano parking dla kamperów – tu spędzam noc.

Nocleg na parkingu.

Pociągi nie są uciązliwe – to autobusy szynowe. Po 22giej odjeżdża ostatni. Popołudnie spędzam na spacerze po miejscowości. Jest cicho i spokojnie, do tego wspaniała architektura.

W ogrodzie cytrusy.

W ogrodzie jednego z domostw dostrzegam drzewka pomarańczowe, mandarynkę i cytrynę. Owoce nadają sie do jedzenia, a to dopiero koniec marca.  Przydałyby się u nas. Zauroczony spokojem i klimatem postanawiam spedzić tu także nastepną noc.

Przepięknie.

28.03.2017 Wtorek – dzień 13

Lierganes – Ortiguera Coana (Asturia – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3069 km; Przebieg dzienny – 321 km;

Dzień mija na dość przyjemnej i spokojnej jeździe; z Kantabrii przenoszę się do Asturii (Asturias).  Za czasów dyktatury gen Franco Asturia nazywała się Oviedo. W mojej aplikacji podróżnej znajduję miejsce postojowe dla kamperów. Nie dość, że jedno z piękniej położonych to w pełni wyposażone umożliwiające dokonanie pełnego serwisu.

Miejscówka super z serwisem.

Zatrzymuję sie na wysokim klifie z przepięknym widokiem na ocean, z nabrzeżnymi plażami. Do tego szum fal i perspektywa odpływów i przypływów. Jest tylko jeszcze jeden kamper z Francji.

Cudowny widok z klifu na ocean.

Przygotowuję w pośpiechu jakieś jedzenie i udaje sie na rekonensans. Dochodzę do pomnika i kościoła, oraz zabudowań przypominających koszary. W drodze powrotnej zatrzymuje sie przy kamieniu z azulejros. Jest to mapa Ortiguera Coana wykonana z wypalanych płytek ceramicznych.

Mapa Regionu.

Prawdopodbnie jeszcze nie tak dawno musieli stacjonować tu żołnierze. Robi się ciemno. Wracam do „domu” i postanawiam o jutrzejszym całodniowym postoju, oraz obejściu okolicznych plaż (Plaja). Do snu kołysze mnie szum wody.


29.03.2017 Środa – dzień 14

Ortiguera Coana (Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3069 km; Przebieg dzienny – 0 km;

Budzę sie wcześnie, rześki i wyspany. Noc była zimna – często włączało sie ogrzewanie. W zatoczce na dole – ślad po odpływie. Zbieram się i schodzę z wysokiego klifu na plażę, ścieżką wykonaną z kamieni, dodatkowo wyposażoną w poręcze. Na tej przestrzeni jestem sam, co powoduje, że chwilami czuję się trochę nieswojo. Robi sie coraz cieplej – słońce mocno przygrzewa, więc decyduję się na zdjecie koszulki. Jest pełnia lata w marcu.

Pełnia lata w marcu.

Plaża jest w pełni wyposażona w infrastrukturę, łacznie z natryskiem i toaletami. Wspinam się na klif po przeciwnej stronie i wychodzę na potężny parking. Miejsce jest przygotowane dla plażowiczów przjeżdżających w to miejsce własnymi pojazdami. Dalej maszeruję drogami polnymi mijając zabudowania gospodarstw. Są nowoczesne, ale także zdarzają się opuszczone i zaniedbane. Cały czas filmuję śliczne widoki, mając nadzieję, że po powrocie starczy mi zapału, by całość zmontować. Robię kilkanaście kilometrów i wracam na obiad do kampera. Po południu idę w druga stronę – do wsi. Domki malownicze, dobrze utrzymane z nastawieniem na wczasowiczów. Jest też spora ilość rezydencji – naprawdę ładnych i bogatych. Zatrzymuję się przy tablicy informującej z jakich środków zostało wykonane to miejsce, a w samym centrum na srodku placu odnajduję ścianę z nazwiskami osób na kamiennych tablicach, którzy nie wrócili z morza. Ściana jest wykonana tak, że nowe tablice nakłada się na te już istniejące.

Obelisk „tym co nie wrócili”.

Chciałoby się tutaj pobyć dłużej, ale zabrania tego regulamin, zresztą juz niedaleko do Galicji i Santiago de Compostela.


30.03.2017 czwartek – dzień 15

Ortiguera Coana – Santagio De Compostela – O’Milladoiro (Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3281 km; Przebieg dzienny – 212 km;

Jazda prawie pustą autostradą.

Autostrada Cantabrico prowadzi do celu i jest bezpłatna. W godzinach wczesno popołudniowych docieram do miasta spoczynku Św. Jakuba Apostoła. Jeżdżę, co najmniej godzinę po mieście, wypatrując wież Bazyliki i pobliskiego parkingu. Nic z tego, wszędzie wyraźne zakazy dla „autocarawanas”. Znajduje pusty parking za centrum handlowym „Canceliia”.

Parking przy centrum handlowym.

Wszystkie parkingi w Hiszpanii przy centrach handlowych mają zawieszoną blokadę o wysokości do 2,2 metra lub mniej. Ulice zdecydowanie oznakowano znakami zakazu dla kamperów lub przyczep kempingowych. Trzeba mocno się najeździć, by znaleźć przyjazne miejsce. Nie wyobrażam sobie szczytu sezonu i poszukiwań.

Zdejmuję rower i ruszam na poszukiwanie Bazyliki. Nawigacja wskazuje 6,5 km. Cały czas widoczne są oznakowania drogi dla pielgrzymów „Camino”, lecz w pewnym momencie znikają, a ja nie potrafię zlokalizować celu. Jazda rowerem w całej Hiszpanii nie należy do najłatwiejszych, pomimo to, wielu rowerzystów trenuje, chyba zawodowo – w każdym miejscu. Hiszpania zajmuje w Europie drugie miejsce po Szwajcarii, pod względem górzystego ukształtowania terenu.

Oznaczenie szlaku św. Jakuba – Camino.

W międzyczasie zrywa się potężny wiatr, a zaraz po nim jeszcze potężniejsza ulewa, co jak na miejsce – Galicja (północna Hiszpania), nie powinno dziwić. Szczęśliwie chronię się w „moim domu” i przygotowuję spóźniony obiad. Auto stoi na niezłym skłonie, więc nie sposób tu nocować, zresztą mógłbym zostać – co najmniej przegoniony przez Policję, wobec tego jadę 5,5 km do miejscowości – O’Milladoiro. Znajduję pusty parking z kilkoma kamperami. Jest równo i spokojnie, co gwarantuje dobry sen. Niestety cały czas pada i to chwilami mocno.

 

 

 


31.03.2017 piątek – dzień 16

O Milladoiro, Santiago de Compostela (Galicja – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3281 km; Przebieg dzienny – 0 km;


Niestety, ranek wita bez zmian – deszczem. Do tego, późniejszy wschód słońca przynajmniej o godzinę, co powoduje wolniejszy start do codziennych zajęć. Pewnie dlatego Portugalia – do której coraz bliżej, nie cofa zegarków na czas letni.

Tradycyjnie śniadanie, kawa i mimo fatalnej pogody szykowanie się do poszukiwania Katedry w Santiago. Wyjeżdżam rowerem w lekkim deszczu, który chwilami staje się intensywny. Nie zrażam się, wyobrażając sobie w jakich warunkach przebywają trasę „Camino” pielgrzymi maszerując i śpiąc w bardzo różnych warunkach (polecam blogi tych, co przeszli). Po 5 km docieram do centrum i cały czas szukam wież Bazyliki. Bezskutecznie. Przypinam rower do znaku drogowego i kieruję się w stronę wskazaną przez uczynną Hiszpankę.

Okazuje się, że święte miejsce położone jest w poważnym zagłębieniu terenu, a dojście prowadzi wąską uliczką starego miasta.

Wąska uliczka Starego Miasta.

W porównaniu do Lourdes powierzchnia o wiele mniejsza. Wokół sporo wycieczek pielgrzymów, także tych indywidualnych. Idea pielgrzymowania Camino, zaleca przejście trasy samodzielnie, z możliwością kontemplacji i refleksji. Godne podziwu. Już od granicy niemiecko – francuskiej spotykałem pielgrzymów płci obojga maszerujących indywidualnie. Nie wiem, czy bym się odważył.

Czas na zwiedzanie Bazyliki. Niestety, tak wewnątrz jak i na zewnątrz, trwają prace konserwatorskie. Wieże obstawione są rusztowaniami. Także ołtarz główny jest częściowo zasłonięty przez rusztowania, a mimo to robi wrażenie. Schodzę do krypty z prochami Św. Jakuba. Jest klęcznik, można się pomodlić patrząc na bogato zdobioną srebrem i złotem trumnę.

Tablica upamiętniająca.

Za plecami tablica pamiątkowa, informująca o odwiedzinach w tym miejscu naszego rodaka – papieża JP II. Wychodzę, kierując się wąskimi schodkami za ołtarz, gdzie znajduje się popiersie Jakuba Apostoła. Przechodzący, kładą obie dłonie na ramionach odwróconego popiersia, wypowiadając krótką modlitwę. Mimo ciasnoty jest tu skarbonka i pilnujący zakonnik wręczający obrazki dla składających ofiarę. Obchodzę dziedzińce katedralne, ze względu na pogodę raczej pustawe. Jeszcze kupuję w sklepiku kartki pocztowe i wracam po rower. W drodze powrotnej deszcz się nasila. Dojeżdżam do oddalonego po drodze sklepu Lidla z zamiarem zrobienia zakupów. Przeczekuję w sklepie około 2 godzin, z nadzieją, że przestanie padać. Brakuje mi już cierpliwości, wsiadam na rower i w drogę.

Potężną ulewę przeczekuję w markecie.

Po chwili zrywa się potężna burza, co zmusza mnie do zatrzymania na pobliskiej stacji benzynowej. Jestem przemoczony, co przy temperaturze powietrza 7 stopni jest mało komfortowe. Po godzinie oczekiwania proszę obsługę stacji o pomoc i zawołanie taksówki. Rower zostawiam – przyjadę po niego kamperem. W strugach deszczu docieram do „domu”. Media podały wieczorem, że w Santiago de Compostela spadło 24 litry na m2. Wieczór już spokojniejszy z przebłyskami słońca.


1.04.2017 Sobota – dzień 17

O’Milladoiro – Paxon (Galicja – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3418 km; Przebieg dzienny – 131 km;

Ranek z lekkimi opadami, ale nadzieją na dobrą pogodę. Dzień dodatkowo nie zaczął się optymistycznie. Skończył się gaz w butli. Oczywiście podłączyłem drugą, ale problem jest, żeby to napełnić.

Plan na dziś – miejscowość Paxon, położona nad oceanem. Odległość ok. 100 km, coraz bliżej Portugalii. Nie śpieszy mi się, więc będę chciał pobyć do poniedziałku. Kilka słów o drogach Hiszpanii. Kraj ten zrobił olbrzymi postęp dzięki wykorzystaniu środków z Unii Europejskiej. Widać to przede wszystkim właśnie po drogach. Rzeczywiście jakość dróg ich wykonanie i oznakowanie wzorowe. Oczywiście autostrady płatne, ale na szczęście nie wszystkie. Jechałem długi odcinek „Autostradą Kantabryjską” (A8) w kierunku Santiago de Compostela. Pewnie dlatego, że miasto jest miejscem kultowym Hiszpan, droga ta jest bezpłatna. Również odcinki stanowiące objazdy miast są bezpłatne. Ja przyjąłem zasadę, jazdę drogami bezpłatnymi, ze względu na nie ponoszenie dodatkowych kosztów, ale także by więcej móc zobaczyć. Bardzo często spotykałem zaparkowane pojazdy Policji z radarem. Również w najmniej przypuszczalnym miejscu znienacka pojawiał się radar z kamerą. Mam nadzieję, że nie otrzymam pamiątkowej fotografii, tym bardziej że nie jadę szybciej niż 80 – 90 km/godz., a w miejscowościach 50 km/godz. Dużym utrudnieniem jest przejazd przez miejscowości ze względu na ograniczenia prędkości przed przejściami dla pieszych. Przejścia najczęściej są podniesione o 10-15cm na drodze, co zmusza do naprawdę powolnej jazdy. Bywają sytuacje, że na odcinku kilkuset metrów takich przejść jest co najmniej kilka. Niezredukowanie w porę prędkości może być bardzo dyskomfortowe dla pojazdu i osób jadących. Spotkałem się również z sytuacją, że jadąc główną drogą przelotową przez miasto, udzielałem pierwszeństwa (co wynikało ze znaków), wyjeżdżającym z wszystkich dróg bocznych. Tak było np. w Lourdes.

Wczesnym popołudniem docieram do Paxon. Po drodze próbuję na jednej ze stacji benzynowych dogadać się w sprawie napełnienia butli gazem. Hiszpan bardzo uczynny wydzwania tu i tam, w końcu poleca mi się cofnąć 1 km do sklepu i kupić pustą butlę, po czym przyjechać do niego i wymienić na pełną. Nie za bardzo takie rozwiązanie mnie zadawala. Rezygnuję z nadzieją, że w Portugalii sprawa się rozwiąże.

Miejscowość Paxon (gmina Nigrán, prowincja Pontevedra) położona jest nad brzegiem oceanu z przepięknymi terenami rekreacyjnymi i spacerowymi.

Nad brzegiem plaże i przy nich niezliczona ilość miejsc parkingowych. Przy plażach natryski z kranami do opłukania nóg oraz oczywiście kraniki z wodą do picia.

Równolegle do ulicy letnie domy z obowiązkowym widokiem na ocean. Przejeżdżam kilkukilometrowy pas nad oceanem i na końcu miejscowości decyduję się na postawienie kampera. Nie ma znaków zabraniających parkowania. Ocean tuż za przednią szybą. Czas coś zjeść. Przygotowuję pierogi ruskie, na deser truskawki i sok z ananasa. Teraz obowiązkowy spacer by rozeznać, czy da się podpiąć do Internetu. Zachodzę do kawiarni kelner włącza router, a ja ciesząc się, daję mu do zrozumienia, że przyjdę wieczorem. Jest piękne słoneczne popołudnie, spaceruje mnóstwo ludzi, sporo też uprawia jogging. Nawiasem mówiąc, wszelka rekreacja jest tu bardzo popularna, poczynając od szybkich marszów, biegania i jazdach na rowerze. Pod wieczór zaglądam do znanej cafeterii, lokuję się przy gniazdku z prądem i po uzyskaniu zgody od kelnerki, włączam moje urządzenia. W międzyczasie otrzymuje zamówione lody z truskawkami i tak spędzam kilka godzin.

Wracam do kampera. Długo w nocy wpatruję się w bezmiar oceanu. Do snu kołyszą mnie głośno szumiące fale.


2.04.2017 Niedziela – dzień 18


Paxon (Galicja – Hiszpania)

Przebieg od wyjazdu – 3418 km; Przebieg dzienny – 0 km;


Rano po odsłonięciu okien zauważam radiowóz policyjny w odległości kilkunastu metrów od mojego auta. Wokół grupka żywo rozmawiających tubylców. Okazuje się, że na szczęście nic się nie stało. Organizowany jest bieg (być może maraton) i trwają organizacyjne przygotowania. Zapowiada się piękny dzień.

W pasie brzegowym wiele letnich rezydencji.

Wybieram się na długą pieszą wycieczkę do portu i miasteczka. Na bulwarze mnóstwo spacerowiczów. Idę pod wiatr i jest chłodno, ale szum wody i widok oceanu wynagradzają to z nawiązką. Miasteczko urocze z mnóstwem knajpek w bezpośrednim sąsiedztwie plaż.

Port i zatoczka.

Zbaczam z traktu spacerowego i wspinam się na wzgórze w mieście, na którym posadowiono kościół. Hiszpanie są bardzo religijni, co bardzo akcentują na każdym kroku poprzez np. procesje lub uroczystości kościelne. Kościółek zbudowany z kamienia – robi wrażenie. Niestety do wnętrza nie wszedłem. Pewnie niedzielne msze już zakończono. Wracam tą samą drogą brzegiem oceanu. Co odważniejsi idą wodą, co przy jej temperaturze nawet w lecie, jest nie lada odwagą. Po południu szykuję obiadek i czytam książkę. Wieczorem ocean się uspokaja, wiatr słabnie i spaceruje coraz więcej rodzin z dziećmi, grupy znajomych. Trzeba przyznać, że Hiszpanie robią wrażenie czystych i gustownie ubranych, świadczy to także o poziomie życia – chyba żyje się im nie najgorzej. Wieczorem piszę dziennik i pozwalam sobie na kieliszek ichniego wina – jest pyszne. Do późnego wieczora na parkingu stoją samochody spacerowiczów, trudno się dziwić przy takiej pogodzie. Jutro Portugalia.

Piszę dziennik na Mac-u. Niestety nie pomyślałem o przejściówce do ładowania z gniazda zapalniczki. Jedyna droga to poszukanie jakiegoś miejsca, gdzie można podładować lub w ostateczności – uruchomienie generatora. Stąd zaległości i nieregularne uzupełnianie wpisów.

Bulwary nadmorskie są utrzymane w czystości. Nad brzegiem letnie domy i wiele knajpek, kafejek z których Hiszpanie chętnie korzystają całymi rodzinami podczas weekendowych wycieczek. Idąc brzegiem oceanu znajduję dużą muszlę. To symbol Camino – drogi do Santiago de Compostela. Właśnie taką muszlą oznakowany jest szlak prowadzący do św. Jakuba w całej Europie.


3.04.2017 poniedziałek – dzień 19

Portugalia
Paxon (Galicja – Hiszpania) – Vila Nova de Cerveira (Portugalia)
Przebieg od wyjazdu – 3474 km; Przebieg dzienny – 56 km;

Nowy tydzień. Okazuje się, że noc spędzałem sam na parkingu nad brzegiem oceanu. Jakoś nie myślałem o tym, szum morza spowodował, że szybko zasnąłem. Rano trochę prac do wykonania. Po pierwsze sprzątnąć w kamperze, przestawić w schowku butle z gazem, by było łatwo wyjąć tę pustą do napełnienia. Wyszukałem w Internecie portal „www.mylpg” zawierający treści dotyczące gazu w całej Europie. Najważniejsze są tam mapy z poszczególnych krajów z zaznaczonymi stacjami tankowania. Znajduję na mapie, stację LPG, 30 km od granicy. Jestem ciekaw czy uda się zatankować. Sprawdzam także poziom oleju w silniku, w końcu przejechałem ok. 3500 km. Jest ok. Ruszam. Po drodze, jeszcze w Hiszpanii muszę zatankować auto. Według mojej wiedzy w Portugalii paliwo jest droższe. Tuż przed granicą w miejscowości Tui szukam stacji benzynowej w mieście. Przy wyjeździe, tuż przed granicą stacja „Repsol-u” z dobrą ceną 1,089 Euro za litr. Sieć tych stacji to najwyższa marka na rynku paliw Hiszpanii, i jak się okaże paliwo też jest przednie – auto ma lepszego „ducha”.

Wąski most graniczny.

Ujeżdżam kilometr i okazuje się, że wjeżdżam na most graniczny na rzece Minho. Jest znak zakazu dla pojazdów pow. 3,5 t, przy wjeździe samochody policji. Jestem w PORTUGALII. Most jest wąski, boję się, że nie minę się z nadjeżdżającymi z przeciwka. Za chwilę pokazują się auta – mijamy się bardzo ostrożnie.

Już w Portugalii.

Tuż za mostem stacja benzynowa z „gasoliną” (olejem napędowym) po 1,39 Euro/litr. Mam nadzieję, że w Portugalii nie będę musiał tankować, aż w drodze powrotnej w Hiszpanii. Dojeżdżam do Lehanes na stacje benzynową. Pani bez mrugnięcia okiem kasuje za 20 litrów gazu, a ja idę do dystrybutora z butlą – obowiązuje samoobsługa. Mam ze sobą reduktory zakupione przezornie w kraju, które okażą się nie przydatne. Pani przynosi odpowiedni reduktor i po problemie. Jestem uratowany. Lodówka będzie pracować, a także będzie ciepła woda i w razie potrzeby poranne ogrzewanie. Fajnie.

Miejscówka z serwisem. Jest OK!

Wracam do wcześniej zaplanowanego miejsca z parkingiem dla kamperów – Vila Nova de Cerveira. Robię serwis kampera po trzech dniach użytkowania. Jakieś szybkie jedzonko (ryż z musem jabłkowym) i idę pochodzić po miasteczku. Uderza spokój i cisza.

Miasteczko zadbane.

Tradycyjny rynek z kościółkiem, z restauracjami na wolnym powietrzu i starszyzną siedzącą na ławkach ustawionych pod rozłożystymi drzewami. Znajduję w uliczce bramę do zamku, wchodzę na mury obronne skąd widać most graniczny. Zabytek wymaga remontu. Niestety widać, już od początku, że poziom życia nie dorównuje sąsiadom za miedzy, także w infrastrukturze. Znając historie Portugalii, da się to wytłumaczyć. Przechadzając się po rynku znajduję bibliotekę z „free” Wifi. Idę po komputer do auta i wracam, spędzając tam ze dwie godziny. Niestety łącze jest mizerne, ale na bezrybiu…. Bez dostępu do sieci było by cienko, często korzystam z map na tablecie pomimo posiadania aktualnej nawigacji z „Automapą”. Kupione pakiety wyczerpują się w tempie zawrotnym, nawet przy bardzo oszczędnym korzystaniu do czytania wiadomości z kraju i pocztę. Wracam do kampera. Na placu przybyło kilka aut. Oprócz Francuzów, Belg i Hiszpanie. Gdy przyjechałem była załoga z UK. Jak do tej pory nie spotkałem rodaków, gdzieś tylko w okolicach Santiago mignął mi światłami polski TIR. W telewizji na wszystkich kanałach wybuch w Petersburgu – giną kolejni niewinni ludzie. Programy w wersji hiszpańskiej można było jeszcze strawić i zrozumieć, portugalskich ni w ząb. Język trudny do określenia – jak tu się odnaleźć, na szczęście jest tablet z aplikacją tłumacza. No i ważna rzecz, tu pozostał czas zimowy. Problem ze spaniem się spotęguje, bo co robić po wczesnym obudzeniu. Wschód słońca jest przynajmniej godzinę późniejszy niż u nas i pewnie dlatego taki czas. Natomiast wieczór jest długi. Prognozy na jutro mówią o 26 stopniach – wspaniale. Dziś po raz kolejny przechadzałem się w koszulce z krótkim rękawem. Super.

 

 

 


4.04.2107 wtorek – dzień 20

Vila Nova de Cerveira – Viana do Castelo (Portugalia)
Przebieg od wyjazdu – 3514 km; Przebieg dzienny – 40 km;

Noc spokojna, tylko szybkie budzenie stawia pytanie co robić. Wokół ciemno, a tu człowiek wyspany. Udaje się jeszcze zdrzemnąć. Codzienne poranne czynności i w drogę. Plan na dziś dojechać nad ocean w Portugalii. Za cel obieram Viana do Castelo. W przewodniku doczytuje – najpiękniejsza miejscowość wczasowa regionu Minho, położona nad rzeką Lima. Minho uważane jest najpiękniejszą prowincję Portugalii, położoną w dolinach rzek i lesistych wzgórz. Oprócz tego widać na każdym kroku przywiązanie mieszkańców do tradycji.

Most nad rozlewiskiem rzeki Minho.

Po drodze zatrzymuje się w przydrożnym „centro mercado”. Znany znak Intermarche ze stacją benzynową i myjnią. Idę do sklepu, obchodzę z ciekawością wszystkie regały. W sklepie nie ma za dużo ludzi. Co chwila za któregoś regału wychyla się osoba z obsługi ciekawie spoglądając. Ja sonduję półki i ceny. Rzeczywiście jest drożej niż w Hiszpanii. Podchodzę do kasy. Kasjerka stanowczo prosi bym okazał zawartość plecaka. Po kontroli robi minę usprawiedliwiającą. Nie wiadomo jak się w takiej sytuacji zachować. Okazuję gest niezadowolenia i wychodzę ze sklepu. Nawiasem mówiąc kupiłem tam doskonałą bagietkę – prawie taką jak we Francji.

Dwa stanowiska do serwisu kamperów.

Bez trudu trafiam na parking dla autocarawanas, położony w nowej części miasta – Darque. Lokalizacja bardzo ciekawa u ujścia rzeki Lima. Robię pieszy rekonesans szukając stanowiska do serwisu. Są dwa – w pełni zaspokajające potrzeby.

Ścieżka do plaży.

W pobliżu przepiękna plaża i fale wzburzone oceanu. Brzeg już nie klifowy, a płaski.

Bezmiar oceanu.

Po drugiej stronie rzeki port. Robię coś do zjedzenia (pyszna bagietka), zdejmuję rower i pora na zwiedzanie miasta. Mam do przejechania ok. 5 km w tym przeprawę przez most na drugą stronę rzeki. Drogi i mosty mają tu szalenie „dopasowane”, żeby nie powiedzieć wąskie. Chwilami obawiam się czy mnie nie rozjadą. Auta na drodze leciwe. Nowych egzemplarzy raczej nie widać. Potwierdza to moje obserwacje o niższym statusie ekonomicznym ludności. Przypomina to mi trochę naszą ścianę wschodnią.

Uliczka Starego Miasta.

Zostawiam rower przy stojaku i ruszam pięknymi uliczkami starego miasta. Wchodzę do mijanych kościołów, są bogate i dobrze utrzymane. Najbardziej znana jest procesja ku czci matki Boskiej Bolesnej, odbywająca się pod koniec sierpnia. Za niedługo wielki tydzień będę miał okazję zobaczyć jak uroczyście tu mieszkańcy obchodzą misteria wielkanocne. Wracam na parking i czytam książkę. Na jutro plan trasy Braga, Bom Jesus, Guimaraes, Porto. Dystans nie długi, ale musze się zacząć pilnować, bo czas ucieka, a chciałbym na początku maja pojawić się w domu. Dziś policzyłem, że do Fatimy mam ok. 300 km. To będzie następny przystanek.


ciąg dalszy w części III