Półwysep Iberyjski 2017 – cz. 3

Półwysep Iberyjski cz.3

5.04.2017 Środa – dzień 21
Viana de Castelo – Braga – Bom Jesus – Guimaraes (Portugalia)
Przebieg od wyjazdu – 3606 km; Przebieg dzienny – 92 km;

Trudny dzień i taka sama noc. Może to jeszcze aklimatyzacja, a może pogoda. Temperatura dziś osiągała 26 stopni. Pierwszy raz włączyłem klimatyzację w samochodzie. Pewnie będzie jeszcze cieplej. Jadąc rano do Bragi zauważam zjazd do Ikea. Od razu „zapala się światełko” – Internet i podłączenie kompa do prądu. I tutaj zaskoczenie. Ikea małych rozmiarów wkomponowana w centrum handlowe. Ludzi mało. Zamawiam kawę z rogalikiem i tak spędzam ok. 3 godzin.

Kościół Symbol Portugalii.

Stamtąd kilka kilometrów do Bom Jesus do Monte (kościół Dobrego Jezusa z Góry). Jest to symbol religijny i architektoniczny Portugalii. Na wierzchołek góry prowadzą wykute w granicie schody, z fontannami i kaplicami drogi krzyżowej. Nie było tu objawień, chociaż uzdrowienia już tak. Ja dostaję się na wierzchołek kolejką, podobną do tej z Krynicy kursującą na Górę Parkową.

Panorama Bragi.

Obchodzę kościół i na dłużej zatrzymuję się na dziedzińcu przykościelnym, by zachwycić się panoramą Bragi. Warto było tu przyjechać. W drodze powrotnej zahaczam o Lidla. Jedzenie jeszcze jest, ale bagietka i warzywa plus owoce trzeba kupić. Na parking Lidla nie mogłem wjechać – była zapora, jak się później okazało postój do 1 godz. darmowy. Ja parkuję po przeciwnej stronie przy innym obiekcie handlowym. Rezygnuję ze zwiedzania Bragi, ze względu na późną porę i problemy z szukaniem parkingu w centrum. Jadę do Guimaraes pierwszej stolicy Królestwa Portugalii i miejsca urodzenia Alfonsa I Zdobywcy. Długo szukam parkingu, pomagają mi stojący przy ulicy policjanci. Nawigacja prowadzi mnie również i taką arterią. Zmieszczę się?

Dopasowane, co do centymetra.

Wreszcie parkuję pod samym Castello (Zamkiem), na żwirowym dużym placu w centrum, wśród kilku innych kamperów. Trzeba coś przygotować do jedzenia i już nic się nie chce. Jutro zwiedzanie tego wspaniałego miejsca i powrót nad Ocean, do Porto.

6.04.2017 czwartek – dzień 22
Guimaraes – Porto (Portugalia)
Przebieg od wyjazdu – 3671 km; Przebieg dzienny – 65 km;

Kolejna noc do bani. Miasto Guimaraes jest dość sporym ośrodkiem uniwersyteckim. Niedaleko Castello usytuowany jest campus. Ok. 3-ciej nad ranem słychać było wracające hordy studentów z klubów nocnych, oczywiście w dobrych humorach i głośno. Wcześniej (ok. 2-giej), na placu, gdzie parkowaliśmy studenci urządzili sobie głośne zawody sportowe z bieganiem i rywalizacją. Jeden z mieszkańców kampera krzyczał głośno, prosząc o spokój – bezskutecznie. Ok 4-tej, sytuacja się wyciszyła, ale ze spaniem już kłopot. Rano wyruszam na spacer po zabytkach miasta.

Wejście do Zamku.

Najbardziej okazały jest zamek, jednak jego otoczenie niezbyt zadbane. Przechadzam się przepięknymi uliczkami, cały czas pod górę lub na dół.

Dochodzę do centralnego placu i wracam inną drogą starego miasta. To tutaj rozpoczęła się w Portugalii rekonkwista. Walka z muzułmanami dała początek zjednoczonemu królestwu Portugalii.

Ruszam w kierunku Porto. Odcinek drogi nie daleki, ale prowadzący w większości przez miejscowości z szeregiem skrzyżowań w układzie ronda. Ruch dość spory, wymaga dużego natężenia uwagi, skupienia i naprawdę wolnej jazdy. O ile łatwiej jechałoby się z pilotem. Docieram na miejsce. Nawigacja Google doprowadza mnie na parking na południowym brzegu Rio Douro (Złota Rzeka) z widokiem na górujące na przeciwległym brzegu Porto. Widok piękny. Na rzece pięć mostów w tym jeden nowoczesny i położony najwyżej. Dzisiaj niezły obiadek. Drugi raz od wyjazdu ziemniaki, ale tym razem z jajkami sadzonymi i z mizerią. Pycha. Za śmietanę robił słodki jogurt naturalny. Niestety podobnie jak w Hiszpanii śmietany nie dane mi było znaleźć.

Porto – parking w pobliżu centrum.

Na parkingu wraz ze mną wiele kamperów. Tym razem Norweg, Belg, Francuzi i dwoje Niemców. Mam nadzieję, że dzisiaj naprawdę odpocznę. Jutro zwiedzanie Porto, a później (być może) wyjazd w kierunku Fatimy – by tam znaleźć cywilizowany parking z serwisem.

PIĄTEK 7 kwietnia 2017 – DZIEŃ 23


Porto – Praia da Vagueira (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 3782 km; Przebieg dzienny – 111 km;


Noc w miarę spokojna. Pospałem do 8,30 – słońce było już wysoko. Zbieram się rowerem pod most Louisa I, by przedostać się na drugą stronę malowniczej rzeki Rio Douro.

Porto – nad rzeką Duoro.

Po drodze zauważam wagoniki gondoli nade mną, transportujące na drugi poziom mostu, tuż przy Wieży Kleryków. Most żelazny kolejowy (dziś już nie nieczynny) zaprojektował znany, skąd inąd inż. Eiffel. Decyduję się na wjazd gondolą, tym bardziej, że to naprawdę wysoko. Dogaduję się w kasie i otrzymuję zniżkę dla seniora zamiast 6 euro tylko 5,40. Dobre i to.

Porto – widok z wagonika kolejki.

Widok z góry na rzeką i miasto, robi spore wrażenie. Jest to drugie po stolicy największe skupisko mieszkańców Portugalii. Jest miastem silnie skomercjalizowanym, według miejscowego powiedzenia „Coimbra studiuje, Braga się modli, Lizbona wydaje pieniądze, a Porto pracuje”. Przechodzę górnym mostem Ponte Luis I do miasta, wstępując po drodze do informacji turystycznej i otrzymuję plan miasta. Porto robi naprawdę potężne wrażenie.

Zabudowania położone są naprawdę wysoko w stosunku do poziomu rzeki. Kieruję się do okazałego kościoła – Katedry, po czym wąskimi uliczkami schodzę w dół, na dolny poziom mostu. Ta część miasta znana jest jako Ribeira (nabrzeże), została wpisana na listę światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Wracam na drugi brzeg Rio Douro. To dzielnica Vila Nova da Gaia, miejsce wyrobu słynnego Porto, które po latach leżakowania tutaj transportowane było drogą wodną w beczkach.

Zabieram rower i za niedługo jestem przy kamperze. Spóźnione drugie śniadanie z kawką i odjazd. Muszę się wdrapać mniej więcej na poziom miasta. Jest naprawdę bardzo stromy podjazd – dobrze, że droga jednokierunkowa. Pokonuję na pierwszym biegu z lekką obawą czy dam radę, dodatkowo uliczki są jak na kampera wąskie. Udało się.

Późnym popołudniem melduję się nad oceanem w okolicach miejscowości Praia da Vagueira. Jest tu miejscówka do przenocowania, niestety bez serwisu, ale woda na razie jest i będzie prawdopodobnie musiała wystarczyć jeszcze na dwa, trzy dni. Dopiero pewnie wtedy po wizycie w Fatimie i Lizbonie będzie mi dane znaleźć jakiś serwis. Biorę krzesło i książkę by poczytać nad brzegiem oceanu.

Plaża śliczna, szeroka ze sporą grupą opalających się na piachu. Dmucha coraz bardziej i zaczyna się chcieć jeść. Dziś makaron z Knorem oraz sałatka jarzynowa. Na deser truskawki, tym razem portugalskie – naprawdę świetne (bardziej naturalne niż hiszpańskie). Wieczorem jeszcze jedno wyjście nad ocean, tym razem z kamerą, by uwiecznić naprawdę piękny widok i szum. Jutro Fatima.

Sobota 8 kwietnia 2017 – dzień 24


Praia da Vagueira – Fatima (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 3912 km; Przebieg dzienny – 130 km;


Chłodna noc i taki sam ranek. Bliskość oceanu i silny wiatr robią swoje. Przez noc miejsce zapełniło się w stu procentach kamperami. Najwięcej Portugalczyków, którzy postój tutaj traktują zapewne weekendowo. Startuję.

W drodze do Fatimy przejeżdżam rzekę Mondego.

Do przejechania niewiele ponad 100 km, ale przez wszystkie możliwe miasta i wioski z obowiązkowymi rondami, przejściami dla pieszych wyniesionymi ponad poziom drogi i oczywiście z ograniczeniami prędkości najczęściej do 50 km/h. Średnia jaką udaje mi się uzyskać to czterdzieści kilka kilometrów na godzinę, co nie jest złe, biorąc pod uwagę spokojną jazdę. Co ciekawe, chyba tylko raz na ograniczeniu byłem wyprzedzany, co oznacza, że tubylcy przestrzegają przepisów, mimo że na drodze rzadko widuję policję. W porównaniu do Hiszpanii, gdzie było ich znacznie więcej, wraz z urządzeniami do kontroli prędkości przy drodze (fotoradary).

Fatima – kościół pw. matki Bożej Różańcowej.

Dojeżdżam do Fatimy. Wjazd na parking przy sanktuarium zamykany zaporami, ale są uniesione i wyświetla się napis „free”. Miejsc parkingowych mnóstwo, ze specjalną strefą dla kamperów.

 

Przy wielu, kamienne stoły i ławki do spożywania posiłków. Parking z pełną infrastrukturą, wodą, sanitariatami, kubłami na śmieci i z mnóstwem zieleni. Gros miejsc zajętych przez domy na kołach z Portugalii, Francji, a także kilka z Anglii.

Fatima – parking.

Oprócz mnie dojeżdża jeszcze samochód dostawczy z Poznania, ale kierowca chyba od razu poszedł spać. Zabieram wszelki sprzęt fotografujący i udaję się na rekonesans. Uderza czystość i bardzo zadbana zieleń. Jest naprawdę przyjemnie. Wchodzę do bazyliki matki Boskiej Różańcowej. Kościół we wnętrzu bez przepychu, ale dobrze utrzymany. Stosunkowo młody, bo konsekrowany w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. We wnętrzu mnóstwo oglądających, zwłaszcza groby trojga osób – świadków objawień.

Wychodzę na plac przed kościołem. Przede mną potężny plac wielkości pasa startowego lotniska, zwany esplanadą z umieszczonymi po obu stronach portykami wzorowanymi na tych z Placu Św. Piotra. We wnętrzu kolumnady przepiękne mozaiki obrazujące sceny męki Pańskiej, tworzące drogę krzyżową. Schodząc schodami w dół mijam ołtarz przed Bazyliką, by dojść po prawej stronie do kaplicy objawień, najważniejszego miejsca dla wiernych.

Tu znajduje się maleńka kapliczka, a przed nią figura Matki Boskiej Różańcowej, w oszklonej witrynie. Całość nakryta dachem, ładnie architektonicznie wpasowane. W centrum – na wysokim cokole figura „Najświętszego Serca Jezusowego”. Posadowiona w miejscu, gdzie była studnia z wodą o cudownych właściwościach. Idę na drugi koniec rozległego placu do okazałej budowli „Bazyliki Trójcy Przenajświętszej”. Nowy budynek robiący wrażenie. Styl podobny do auli Pawła VI w Rzymie.

W środku potężna przestrzeń, w podziemiach kaplice, konfesjonały i staw wodny (!). Siadam w jednym z rzędów i słyszę mówiące po polsku dziecko. Zaczynam rozmowę z jego ojcem z radykalnymi poglądami prawicowymi. Próbuję, zagajać coś o tolerancji, przeciwstawianiu się rasizmowi. Życzymy sobie miłego pobytu i rozchodzimy się. Wracam przez olbrzymi plac, mijając fragment muru berlińskiego, przytaszczonego tu przez jakiegoś Portugalczyka jako spełnienie się jednej z trzech tajemnic fatimskich. Po drodze obserwuję w wyznaczonym miejscu, jak ludzie wrzucają do paleniska wcześniej zakupione świece. Nie bardzo kumam w jakim celu. Od wyjścia z bazyliki obserwuję kilkoro pątników pokonujących dystans do kaplicy objawień na kolanach. Niezły wyczyn – to będzie chyba około paręset metrów.

Po niedużym jedzonku, idę na mszę do bazyliki, gdzie odprawia się rytuał niedzieli palmowej. Ludzie przyszli z palmami, niestety nie z tymi polskimi. Przy ołtarzu nie ma ministrantów, a dojrzali mężczyźni w garniturach. To oni pełnią rolę pomocniczą, dodatkowo komunie rozdają kobiety. Rola kapłana ograniczona jest do minimum. Wyczytuję w przewodniku, że do Wielkiejnocy tylko w soboty o 21,30 odbywa się procesja ze świecami.

Oczywiście idę popatrzeć. Rozpoczyna się różańcem, którego każda tajemnica odmawiana jest w innym języku. Trwa to trochę – cały czas przy zapalonych świecach wiernych. Później procesja z figurą Matki Boskiej po całym placu. Uroczystość kończy się grubo po 23-ciej. Piękna uroczystość wymagająca głębokiej wiary od uczestników. Wracam znużony do kampera, z zamiarem dobrego wyspania się. Wygląda na to, że w nocy wszystkie dzwony i zegary na wieżach są wyciszone.

Niedziela 9 kwietnia 2017 – dzień 25


Fatima (Portugalia) – Relaks

Przebieg od wyjazdu – 3912 km; Przebieg dzienny – 0 km;


Noc chłodna, że włączyło się nad ranem ogrzewanie, ale za niedługo słońce ogrzało powietrze i było przyjemnie. Zjeżdża mnóstwo ludzi na procesję i mszę. Ja po śniadaniu rozglądam się za prądem do podładowania „MACA”. Okazuje się, że w łazienkach jest gniazdko, z którego korzystam siedząc na krześle i obserwując, by komputer nie zniknął.

Przez godzinę dwukrotnie przejechał radiowóz policyjny, raz policjant na skuterze i patrol na koniach (zdjęcie) – chyba można czuć się bezpiecznie. Spędzam czas na uzupełnianiu dziennika, przy dochodzących śpiewach odbywających się uroczystości. Dzisiejszy dzień przeznaczam na pełen relaks i odpoczynek. Przy kawie uzupełniam dziennik, po czym zbieram się na dłuższe połażenie. Zachodzę do części poza Sanktuarium. Okazuje się, że na co dzień zamieszkuje tu około 8 tys. ludzi, ale miasto w hotelach i domach zakonnych może pomieścić 10 tys. W Fatimie działa 15 domów zakonnych męskich i 50 żeńskich. Obserwuję ludzi, którzy całymi rodzinami przyjechali na dzisiejszą uroczystość. Jest już po procesji i zajmowane są miejsca (a jest ich mnóstwo) przy stołach rozrzuconych po całym terenie wśród zieleni. Na stołach dużo jedzenia i jak zdołałem się zorientować wszędzie butelka oleju. To odpowiednik naszego masła. Olej nalewany jest na talerzyk i w nim maczane pieczywo, najczęściej bagietka. Posiłek ten przyjmuje formę pikniku, z samochodów przynoszone są przenośne lodówki, termosy, zastawy. Ludzie na ogół skromnie ubrani, choć zdarzają się osoby „bardziej na czasie”. Kilka słów o parkujących kamperach. Na ogół to stare i bardzo stare egzemplarze. Właściciele także bardzo zaawansowani wiekowo, spracowani, skromni. Kobiety przesiadują i gawędzą, na krzesełkach turystycznych. Rozmawiają bardzo głośno. Język jest nie do zrozumienia nawet w najdrobniejszym słowie. Przyznam, że długo się zastanawiam, jak brzmi „dzień dobry”, „dziękuję”. To trudne. Po południu zaczynają się wyjazdy, a wieczorem plac pustoszeje. Pozostają tylko dziadki na najlepszych miejscach dla „carawanas”. Zastanawiam się, czy nie będą tu do początku maja, gdy na stulecie objawień przyjedzie papież. Ja idę jeszcze nałapać „cudownej wody” z kranu pod kolumną „Najświętszego Serca Pana Jezusa”. Robię zdjęcie by, udokumentować oryginalność wody. Przy okazji przemywam twarz – w końcu, co to szkodzi. Wspominałem, że wczoraj przyjechał na parking bus na polskich blachach. Dziś udało mi się porozmawiać z kierowcą. Mieszka we Włocławku, a pracuje w firmie transportowej w … Lesznie. Jest od trzech tygodni w drodze na tak zwanym kółku. Jedzie od zlecenia do zlecenia. Tutaj miał ładunek na furgonetce w postaci skrzyni 300 kg, loco okolice Lizbony. We czwartek ma ładunek z Niemiec. Auto nowe z łóżkiem za sobą, a więc wygodne. Nie narzekał. Jutro pewnie Lizbona – 140 km, a później trzeba się rozglądać za jakimś campingiem na święta. Na razie z czystymi koszulkami wyrabiam, mimo że torba z „brudami” jest duża. Może na campingu uda się zrobić pranie. Zobaczymy jak to wszystko się ułoży. Poważnie zastanawiam się, czy w Lizbonie nie ruszyć w drogę powrotną do domu. Do Gibraltaru mam jeszcze ok. 600km. Wiem już, że na pewno odpuszczę Andorę. Po pierwsze byliśmy już tam kilka lat temu, po wtóre uważam za bezsensowne drapać się serpentynami na 1960 m n.p.m., a później zjeżdżać na hamulcach. Takie są plany.

Poniedziałek 10 kwietnia 2017 – dzień 26


Fatima – Lizbona (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 4099 km; Przebieg dzienny – 187 km;


Żal opuszczać Fatimy. Co by nie powiedzieć, miejsce pięknie zorganizowane, dające możliwości skupienia i modlitwy. Nie parkingu już tylko ja i oczywiście Ci oczekujący na jubileusz. Do Lizbony nie daleko, tylko 140 parę kilometrów. Jedzie się dobrze, większą część drogi autostradą.

Lizbona – parking przed Ikea.

Przed miastem zbaczam do Ikea, by naładować „Maca” i kamerę, oraz oczywiście wykorzystać dostęp do Internetu. W porównaniu do Bragi to już normalny budynek, przypominający Poznań lub Wrocław. Są godziny przedpołudniowe wiec nie ma zbyt dużo ludzi, ale w trakcie mojego siedzenia w porze obiadowej zaroiło się. Ceny niestety wyższe nic u nas, no i oczywiście menu dostosowane do regionu. Nie zauważyłem nawet szwedzkich mini klopsików. Jadę na parking w Lizbonie, położony pięknie nad rzeką Tag (Tejo), niestety wokół bajzel i śmieci. Obok mnie wiele kamperów, ale także aut osobowych, co powoduje trudności ze znalezieniem miejsca. Udaje się.

Ściągam rower i kręcę ok. 6,5 kilometra nabrzeżem w przepięknej scenerii. Nade mną most „25 kwietnia” – majstersztyk, architektury i wykonawstwa. Będę nim wyjeżdżał z Lizbony.

Lizbona – docieram do stacji metra.

Docieram do stacji metra i kolei podmiejskiej „Cais do Sodre”, gdzie zaopatruje się w bilet na wszystkie środki komunikacji (autobusy, tramwaje, promy, kolejki) na cały dzień (6,65 Euro).Przypinam rower przy przystani promowej i zaiwaniam do „Praca do Comercio” określany popularnie „Terreiro do Paco (teren pałacu, który w tym miejscu się znajdował do trzesięnia ziemi w w. XVIII)”.

Przechadzam się ulicami w poszukiwaniu informacji turystycznej (plan miasta) i przystanku tramwaju – symbolu, nr 28. Na ulicach jest tłoczno i duszno. Temperatura w granicach 30 stopni.

Lizbona – Przystanek słynnego tramwaju 28.

Czekam w kolejce na tramwaj, niestety na pierwszy się nie załapuję – wchodzi tylko część oczekujących. Na szczęście w oddali zbliża się drugi. Wagon jest zatłoczony, w przewodnikach ostrzega się właśnie przed kieszonkowcami, którzy takie okazje wykorzystują. Mimo duchoty i ścisku, przejazd uliczkami to duża frajda. Tramwaj przeciska się wąskimi uliczkami najczęściej podjeżdżając pod strome podjazdy. Po drodze piesi turyści wychodzą na tory, by zrobić pamiątkowe zdjęcia. Udaje mi się nagrać prawie cały przejazd kamerą. Niestety w końcowej części przejazdu następuje kolizja, uniemożliwiająca przejazd tramwajowi. Pasażerowie czekają w wagonie kilkanaście minut, po czym zrezygnowani wysiadają i maszerują – w tym ja.

Niestety nie docieram do Górnego Miasta do Zamku i schodzę do „Chiado”, dzielnicy ekskluzywnej z najlepszymi sklepami.

Po drodze mijam windę „Elevador de Santa Justa”, którą można wjechać do „Górnego Miasta)”, niestety kolejka chętnych sięga ponad 100 metrów. Nie za bardzo mam ochotę czekać. Dochodzę do stacji metra „Rossio” i przejeżdżam jedną stację do miejsca, gdzie zostawiłem rower. Miasto jest piękne architektonicznie i ma swoisty klimat. Dla mnie zbyt męczące. Za kilkanaście minut jestem w kamperze, szalenie zmęczony. Nie decyduje się na pozostanie na noc w tym miejscu.

„Wdrapuję” się na Most 25 kwietnia. Widok z góry zapiera dech. Przejazd jest bezpłatny. W dali figura Chrystusa. Wyszukałem parking nad oceanem w odległości 30 km (Fonte de Telha). Robi się zmierzch, gdy docieram na miejsce. Dziki parking bez infrastruktury z potężnym kurzem na nawierzchni szutrowej. Ustawiam się z widokiem na fale morza i spanko.

Fonte de Telha – tu spędzam noc.
Wtorek 11 kwietnia 2107 – dzień 27


Fonte de Telha – Lagos (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 4403 km; Przebieg dzienny – 304 km;


O siódmej pobudka, by po godzinie ruszyć w drogę. Zbiornik na wodę prawie pusty, musiałem uzupełnić wodą z żelaznego zapasu. Wody szarej full i pełna toaleta. Od kilku dni nie było możliwości serwisowania. Wyszukuje po drodze na południe serwisu.

Miejscowość jak z dzikiego zachodu, ale woda była i miejsce obsługi też. Wykorzystuje, że nie ma tu nikogo i robię świąteczne porządki w moim domu. Wyjmuje czyste ręczniki, pościel i piżamę. Dokładnie sprzątam łazienkę i kuchnię, jest okazja, że nie musze oszczędzać wody. Po pracy odpoczynek przy kawce i dalej w drogę. Jadę drogą N1, z nawierzchnią, jakiej w Polsce sobie nie przypominam. Pilnuję szybkości (50 km/godz.), bo szybciej się nie da. Za mną tworzy się sznur pojazdów, kierowcy TIR-ów, trąbią na mnie, ale co ja na to poradzę, niech najpierw naprawią nawierzchnię. Na szczęści po wjechaniu na IC-2, jest już ok. Po drodze zatrzymuje się nad brzegiem oceanu. Jest słonecznie, a fale morskie wyglądają pięknie.

Lagos – ogromny parking dla kamperów.

Późnym popołudniem melduję się na ogromnym parkingu dla kamperów w Lagos. Nawierzchnia nie utwardzona z mnóstwem pojazdów. Parkujący traktują plac jak camping, ustawiając meble campingowe i rozkładając markizy, co jest sprzeczne ze zwyczajami obowiązującymi w takich miejscach. Pojazdy są rozstawione w różnych punktach – nie mam możliwości zobaczenia rejestracji. Wątpię bym spotkał rodaków. Robię posiłek i odpoczywam. Nie mam jeszcze planów na jutro.

Środa 12 kwietnia 2017 – dzień 28


Lagos – Manta Rota (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 4548 km; Przebieg dzienny – 145 km;


Dziś dłużej pospałem. O 9-tej pobudka – telefon z domu. Śniadanko i zbieram się na objazd rowerkiem po Lagos. Najważniejsza rzecz znaleźć Lidl–a i zrobić jakieś sensowne zakupy świąteczne, w końcu coś trzeba jeść. Lagos nie jest dużym i rozległym miastem. Przejeżdżam niecały kilometr i odnajduje sklep Lidla z wydzielonymi miejscami dla „carawanas” i wielkim bilbordem witającym ich. To miłe, bo sklepy sieci Carrefour tak w Hiszpanii, jak i w Portugalii stosują wszelkie możliwe bariery i zakazy dla „domków na kołach”. Lidl pewnie skopiował Intermarche, który przy swoich sklepach zorganizował serwisy dla kamperowców.

Dodatkowo tu w Portugalii często przy sklepie znajduje się pralnia, gdzie można uprać rzeczy. Koszt uzależniony jest od wagi wsadu. Przy rozpoczynaniu prania wybiera się program z temperaturą i czasem trwania. Ot, co. Rezygnuje z zakupów – zrobię jak będę wyjeżdżał, nie będę musiał tego targać na rowerze. Jadę bulwarem prowadzącym do otwartej wody.

Docieram do miejsca, gdzie można wybrać się na wycieczkę kajakiem trwająca ok. 3 godz. Cel to wpływanie do grot w klifie. Powrót na holu za motorówką. Koszt 25 euro – nie decyduję się, ze względu na późną porę (www.ezridelagos.com). W drodze powrotnej zahaczam o marinę.

Lagos – w marinie łódki z całego Świata.

Podziwiam piękne łódki i hotele i zastanawiam się w którym miejscu Europy, a może świata są teraz ich właściciele. Wracam do kampera, ładuję rower i na zakupy. Zaszalałem w sklepie, ale w końcu są święta, a nie wiem czy jeszcze jutro będzie mi dane coś kupić. Wyjeżdżam kierując się pasem nadmorskim do Hiszpanii. W planie kilkudniowy pobyt (po raz pierwszy) na kempingu. Droga ubywa ciężko ze względu na prace drogowe na głównej drodze Algarve. To rzeczywiście najpiękniejszy zakątek Portugali pod względem infrastruktury turystycznej. Poza tym, co najważniejsze czuć ciepło z Afryki. Niestety w kolejnych dwóch miejscach na wjeździe na kemping szlaban z napisem „completo”, czyli brak wolnych miejsc. Z rezygnacją decyduję się przejechać granicę i dostać się do Hiszpanii. Próbuję jeszcze szczęścia 20 km przed granicą nad samym oceanem. Niestety tu sytuacja podobna.

‎⁨Manta Rota – Parque Natural da Ria Formosa⁩, ⁨Vila Real de Santo António⁩, ⁨Portugalia⁩

Jak się jednak okazało, kawałek dalej za ryneczkiem zauważam stojące w rzędzie kampery i chyba jakieś wolne miejscówki między nimi. To uśmiech losu, udaje mi się stanąć pomiędzy Austriakiem i Niemcem. Miejsce przy samej plaży, blisko natrysk. Niestety bez serwisu dla kampera, ale powinienem te kilka dni wytrzymać, bo wczoraj robiłem obsługę. Przygotowuję obiadek. Dziś super jedzonko. Smażona rybka, surówka i ziemniaki.

Czas na spacer. Idę na plaże i dochodzę do wody. To niewiarygodne – jest ciepła. Brodzę po wodzie mocząc nogi. Niewykluczone, że jutro się zamoczę. Cieszę się, że udało mi się na koniec pobytu w Portugalii znaleźć tak piękne miejsce, w dodatku gratisowe, a byłem zdecydowany na płatny kemping na kilka nocy. Jutro kąpiel słoneczna i może wodna.

Czwartek 13 kwietnia 2017 – dzień 29


Manta Rota (Portugalia)

Przebieg od wyjazdu – 4951 km; Przebieg dzienny – 0 km;


No więc z upału nici. Ranek zachmurzony z niezłym wiatrem. Po śniadanku relaks z kawką i czytanie w oczekiwaniu na poprawę pogody. By nie marnować czasu idę na rekonesans osady. Kiedyś była to malutka wioseczka rybacka (Pueblo), która do dziś zachowała spokój, ale chyba do momentu rozpoczęcia sezonu. Zabudowania typowo wczasowe – dużo domów z apartamentami. Wszystko w białym kolorze poprzeplatane niebieskim. W osadzie tylko jeden sklep (Supermercado), ale dobrze zaopatrzony. W obawie przed świętami kupuje więcej pieczywa, chociaż na drzwiach wywieszka „czynne codziennie”. Udaje mi się też dostać wreszcie śmietanę, która cały czas zastępuje jogurtem naturalnym. Biorę dwa różne opakowania. Przechadzam się główną ulicą, coraz więcej otwartych barów i sklepików. W jednym z nich kupuje kartki pocztowe i znaczki. Teraz czas na obiad. Dziś kupione piersi w sosie knora, oczywiście z ryżem, do tego zupa pomidorowa i na deser – mój ulubiony kisiel z owoców leśnych.

Po obiedzie czas na plażę i moczenie nóg w morzu. Jest sporo ludzi, oczywiście w strojach kąpielowych. Kilkanaście osób się kąpie, woda naprawdę jest ciepła. W telewizji cały czas obchody świąt. Ważniejsze są tu dni wielkiego tygodnia przed zmartwychwstaniem niż pozostałe dni tradycyjnych polskich świąt. Hiszpanie nie składają sobie życzeń świątecznych, a dni od wolnej soboty traktują jako weekend. Jutro ruszam dalej, bo trudno mi usiedzieć w miejscu. Powinienem dotrzeć do Sewilli. Po drodze chciałbym napełnić butlę z gazem i uzupełnić paliwo, chociaż nie do pełna, bo zakładam dobrą cenę w Gibraltarze.

Piątek 14 kwietnia – dzień 30


Hiszpania
Manta Rota – La Linea de la Concepcion (Portugalia – Hiszpania).

Przebieg od wyjazdu – 4951 km; Przebieg dzienny – 403 km;


Ranek nie zapowiada dobrej pogody – mocno dmucha. Zbieram się po śniadaniu w drogę. Dojeżdżam do głównego traktu i okazuje się, że przedsezonowy remont. Dużo mijanek i długi sznur aut.

Ale po kilkudziesięciu kilometrach wyjeżdżam na autostradę i jedzie się ok. Praktycznie cały czas drogami dwupasmowymi. Ustawiony tempomat na 80 i spokojna jazda, a co za tym idzie spalanie wg komputera 7,6. Tak powinno być cały czas, ale przede mną Pireneje. Co prawda nie pojadę przez najwyższe miejsca, ale na pewno silnik to odczuje. Po drodze dwukrotnie tankuje paliwo, bo boję się, że nie dojadę, poza tym zauważyłem, że odcinki bez zabudowań i tym bardziej bez stacji paliw są coraz dłuższe. Muszę o tym pamiętać, w drodze powrotnej, bo na jednym zbiorniku Hiszpanii nie sforsuję. Jak wspomniałem, jedzie się dobrze, ale to już inny krajobraz.

Jestem w końcu w Andaluzji, krainie zielonej i urodzajnej z pasącym się bydełkiem. Powierzchnie pól są imponujące. W uprawie przeważają zboża, ale też dużo upraw z warzywami. Bardzo często obserwuję nawadnianie, co siłą rzeczy musi podrażać produkcję, za to ciepło jest za darmo.

Za Sewillą mijam kilkunastokilometrowy akwedukt ciągnący się równolegle z drogą. Nie wiem czy jeszcze dziś w ten sposób dostarcza się wodę. Może na pola tak.

Od kilkunastu kilometrów obserwuję potężne wzniesienie – domyślam się, że to musi być „Skała”.

Dojeżdżam do La Linea De La Concepcion, miasta graniczącego z Gibraltarem. Jest spory ruch, wydzielone pasy dojazdowe, trudno się w tym wszystkim połapać. Wjeżdżam na parking, tuż przy rogatkach Gibraltaru. Do punktu granicznego spora kolejka aut, w końcu jest piątek, jutro wolne to młodzi Hiszpanie jadą zabawić się po angielsku. Część z nich pewnie tylko zatankować auto. Sprawdzam w sieci i okazuje się, że mój parking jest dalej. Dojeżdżam do miejsca wskazanego w aplikacji i nie dostrzegam parkingu. Dochodzi do mnie para Francuzów, którzy domyślają się czego szukam. Jak się później okaże, tu również parkują. Miejsce nieciekawe bez wody, o serwisie nie pomnę. Jest kilkanaście kamperów. Plus, to wspaniały widok na cieśninę ze statkami na redzie. Odpoczynek i plan na jutro, zobaczymy co się uda zrealizować.